Książę Chaosu

Merle Corey to młody i czarujący programista. Jego życie z pozoru jest całkiem normalne i spokojnie. Jest tylko jeden mały wyjątek, gdyż 30 kwietnia każdego roku ktoś próbuje pozbawić go życia. Po kolejnym zamachu odkrywa jednak, że jego była dziewczyna została zamordowana. Wszystko to wiąże się z pochodzeniem głównego bohaterka, który tak naprawdę nazywa się Merlin i jest synem księcia Amberu Corwina. Zostaje przez to wplątany w dworskie intrygi i wbrew samemu sobie staje do walki o władzę.

Pierwszy tom Kronik Amberu oczarował mnie i bez reszty wciągnął w wykreowany przez autora świat. Nie miałam więc wątpliwości, że sięgnę po jego kontynuację. Drugi tom Kronik Amberu zawiera w sobie pięć kolejnych ksiąg, które kontynuują wątki zawiązane w pierwszym tomie. Głównym bohaterem nie jest już jednak Corwin, a jego syn Merlin. W skład jego kronik wchodzą: Atuty Zguby, Krew Amberu, Znak Chaosu, Rycerz Cieni, Książę Chaosu. Razem z pierwszym tomem stanowią spójną i w pewnym sensie zamkniętą całość.

Autor świetnie poradził sobie z ogromną liczbą bohaterów, gdyż żaden z nich nie jest płaski i pozbawiony osobowości. Każda postać jest inna, posiada swoje unikalne cechy, które wyróżniają ją z tłumu. Najlepiej przedstawiona jest jednak postać Merlina, gdyż to jego oczami obserwujemy opisane w książce wydarzenia. Podobnie jak Corwin główny bohater szybko zyskał moją sympatię. Jego historia jest wielowątkowa i pełna zaskakujących zwrotów akcji. Merlin tak jak Corwin wędruje przez różne rzeczywistości, co odkrywa przed nami kolejne tajemnice świata stworzonego przez Rogera Zelaznego. Autor razem z nim zabiera nas w kolejną podróż pełną wrażeń i wielu dziwnych sytuacji, która ukazuje pokłady jego nieograniczonej wyobraźni.

W tym tomie nie zabrakło również specyficznego stylu autora. Książka wymaga od czytelnika pełnego skupienia, gdyż świat w niej przedstawiony jest niezwykle złożony i wielowymiarowy. Zelazny kreuje go z niesamowitą dbałością o szczegóły i choć nie brak tu obszernych opisów, to nie są one jednak monotonne ani nużące, a wręcz plastyczne, przez co łatwo przemawiają do czytelnika. Autor nie używa banalnego języka, wszystko w książce jest przemyślane, nawet dialogi przedstawione w książce są dostosowane do poszczególnych sytuacji.

Drugi tom Kronik Amberu podobnie jak pierwszy tom został pięknie wydany. Książka ma twardą okładkę z obwolutą, na niej natomiast znajduje się przyjemna dla oka grafika. Ma ona nieco większy rozmiar niż standardowa książka, jednak w żadnym wypadku nie przeszkadza to w czytaniu. Drugi tom Kronik Amberu na pewno nie należy do najcieńszych lektur, gdyż ma ponad siedemset stron. Wciąga jednak już od samego początku i już po kilku dniach z dziwieniem witasz koniec tej historii, która do schematycznych na pewno nie należy.

Drugi tom Kronik Amberu to bardzo dobra kontynuacja, która zdecydowanie utrzymuje wysoki poziom. Pozwoliła mi ona ponownie wkroczyć do świata wykreowanego przez Rogera Zelaznego, który zachwyca i potrafi zadziwić. Choć rozmiar książki może niektórych od niej odstraszyć, to jednak zapewniam, że naprawdę warto poświęcić na nią trochę czasu, bo na pewno nie zostanie on stracony. Uważam, że fanów autora nie trzeba zachęcić do powrotu do tego świata, a osoby, które nie miały jeszcze okazji rozpocząć przygody z Amberem, gorąco do tego zachęcam, bo na pewno nie pożałujecie.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka
Zobacz więcej >

Kosmos jest wielki, gigantyczny i szalenie olbrzymi

Arthur Dent nie lubi czwartków i nie ma się, co mu dziwić, gdyż właśnie dowiedział się od swojego najlepszego przyjaciela Forda, który swoją drogą jest kosmitą, że za kilka minut Ziemia ulegnie zniszczeniu, gdyż w jej miejscu planowana jest budowa międzygalaktycznej autostrady. Ford dosłownie w ostatniej chwili ratuje przyjaciela i razem z nim wyrusza w podróż po Galaktyce, podczas której Arthur spróbuje rozwiązać największą zagadkę kosmosu i odkryć sens życia.

Czy znajdzie się jeszcze ktoś, kto nie słyszał o dziele Douglasa Adamsa pod tytułem Autostopem przez Galaktykę? To już klasyk literatury science fiction, o którym nie tylko wiele się naczytałam, ale i nasłuchałam. Jest to pierwsza część pięciotomowego cyklu o międzygalaktycznych przygodach, która zyskała rzesze fanów na całym świecie. Wiedziona własną ciekawością postanowiłam w końcu się przełamać i sięgnąć po wznowienie tej powieści w nowym przekładzie Pawła Wieczorka.

W książce pojawia się grono bardzo ciekawych i niesztampowych bohaterów, jednak autor nie skupia się na ich kreacji. Postacie wykreowane przez Douglasa Adamsa są w znacznej mierze płascy, gdyż nie posiadamy wielu informacji na ich temat i zazwyczaj przebywamy z nimi w tylko w opisanych sytuacjach, a ich uczucia i przemyślenia również pozostają poza naszym zasięgiem. Uważam jednak, że taki był właśnie zamysł autora, gdyż to nie bohaterowie są najważniejsi, a fabuła i humor, którym jest przesiąknięta ta powieść. Niejednokrotnie wybuchałam śmiechem podczas lektury i nie mogłam wyjść z podziwu dla autora, który z łatwością tworzył kolejne światy, bawił się słowami, a jego wyobraźnia nie znała granic. Podczas lektury Autostopem przez Galaktykę na nic zda się racjonalne myślenie, gdyż ta książka to jedna wielka jazda bez trzymanki, pełna przygód, nietypowych bohaterów, rozmyślań filozoficznych i sytuacji, w których absurd goni absurd.

Wydawnictwo Zysk i S-ka wydaje coraz piękniejsze książki i również w przypadku Autostopem przez Galaktykę wykonało kawał dobrej roboty. Książka ma twardą okładkę z obwolutą, która pięknie się prezentuje. Do tego bardzo dużym zaskoczeniem były dla mnie rysunki Janusza Kapusty, które skrywają się na kartach książki i dosłownie skradły moje serce.

Autostopem przez Galaktykę to niezwykła powieść, która zmusza czytelnika do myślenia, do odrzucenia zbyt głębokiego analizowania wszystkiego i patrzenia na świat tylko racjonalnym spojrzeniem. Uczy nas również przyjmowania do wiadomości rzeczy absurdalnych, w które momentami ciężko nam wierzyć. Nie spodziewałam się, że ta książka wywrze na mnie takie wrażenie. Miałam zamiar sięgnąć po pierwszy tom w celu poznania światowego fenomenu, jednak teraz wiem, że na pewno nie odpuszczę sobie kolejnych tomów tej serii. Jestem przekonana, że nie każdemu przypadnie ona do gustu, jednak zachęcam do jej lektury fanów literatury z gatunku science fiction i osoby, które nadal wahają się, czy po nią sięgnąć, bo naprawdę warto się przełamać i wkroczyć w wykreowany przez Douglasa Adamsa świat. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka
Zobacz więcej >

Myśl o mnie, kiedy pada deszcz

Życie Kate Alexander zmieniło się jednej tragicznej nocy, kiedy deszcz bębnił o parapet. Dziewczyna, która zawsze była radosna, miała wielu przyjaciół, dobrze się uczyła, nagle stała się zalękniona, wycofana, jej oceny się pogorszyły, a znajomi się od niej odwrócili. Pozostał jedynie Beau – jej najlepszy przyjaciel, chłopak, którego kochała całe życie, któremu jednak pozwoliła odejść. Beau wyjechał na studia. Kate postanowiła zostać. Pewnego dnia do miasta zawitał Asher Hunt. Niepozorny chłopak krok po kroku zaczął coraz bardziej zbliżać się do Kate. Wyciągnął do niej pomocną dłoń. Kiedy dziewczyna myślała, że zaczęła na nowo stanowić całość, tajemnica skrywana przez Ashera może na nowo rozbić ją w kawałki.

Przed przeczytaniem Kiedy pada deszcz cały czas natykałam się na pozytywne opinie o tej książce. Ostatnio miałam okazję czytać mnie pochwalną recenzję, nie była ona jednak negatywna, a neutralna. Dlatego właśnie byłam tak bardzo ciekawa tej książki i miałam nadzieję, że wywrze na mnie równie wielkie wrażenia, jak Promyczek, którego pokochałam całkiem niedawno. Niestety jednak okazało się, że historia Kate Alexander w przeciwieństwie do opowieści o Kate Sedgwick nie zachwyciła mnie tak bardzo, jak się tego spodziewałam.

Kate stała się ofiarą bardzo traumatycznego wydarzenia, którym z nikim się nie podzieliła. Została skrzywdzona i choć uważam, że powinna o tym powiedzieć choćby najbliższym, którzy by jej pomogli, to jednak zważywszy na okoliczności, w jakich się znalazła, jestem w stanie zaakceptować jej decyzję, ponieważ miała powody, aby myśleć tak, a nie inaczej. Tłumiła w sobie uczucia przez dwa lata, nikogo do siebie nie dopuszczała, a tu nagle pojawia się Asher i wszystko nagle zaczyna się układać.

Bardzo nie przypadło mi do gustu, że relacja Kate i Ashera tak szybko się rozwinęła. Przecież dziewczyna nie zbliżała się do innych przez dwa lata, odepchnęła nawet najlepszego przyjaciela, którego kochała od dziecka, ale prawie od razu zaufała i zapałała uczuciem do obcego chłopaka, o którym nic nie wiedziała. Nie jestem fanką miłości od pierwszego wejrzenia, a właśnie taka relacja została przedstawiona na kartach Kiedy pada deszcz. Wyglądało to dla mnie bardzo sztucznie, przez co źle mi się o tym czytało.

Asher jest oczywiście ideałem chłopaka. Troskliwy, wrażliwy i oddany jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki przywrócił Kate do życia. Nic do niego nie mam, jednak dla mnie był aż zbyt idealny. Moje serce skradł Beau, czyli najlepszy przyjaciel Kate. Niestety jest nieobecny przez większość książki, czego bardzo żałuję. Serce mi się krajało, kiedy czytałam, jak cierpiał, ponieważ chciał jak najlepiej, nigdy nie odwrócił się od Kate, chociaż wszyscy inni tak postąpili, a ona, choć oczywiście nie celowo go zraniła.

Kiedy pada deszcz jest według mnie historią schematyczną i przewidywalną. Łatwo domyślić się, jaką tajemnicę skrywa Asher oraz jak zakończy się cała ta historia. Mimo to czyta się ją łatwo i przyjemnie, poza kilkoma momentami, które były dla mnie strasznie naciągane. Autorka skupiła się głównie na uczuciach i to one są mocną stroną tej książki. To historia o skrywanym cierpieniu, o złośliwości losu, ale przede wszystkim o nadziei, a także o tym, że smutku i żalu nie da się uniknąć, jednak trzeba żyć pomimo nich.

Kiedy pada deszcz to historia o cierpieniu i żalu, powrocie do życia, a także jego pożegnaniu. To historia, która na pewno zachwyci wiele osób, choć w moim przypadku to jej się nie udało. Polecam ją miłośnikom romantycznych historii z pokrzywdzonymi przez los bohaterami, a także osobom, które łatwo się wzruszają. 


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Wszyscy mamy swoje demony


Jacob po tajemniczej śmierci dziadka, który zawsze był dla niego wzorem i opowiadał mu niezwykłe historie, wyruszył na poszukiwanie odpowiedzi. Tym sposobem trafił na małą walijską wyspę, do sierocińca zarządzanego przez Panią Peregrine. Poznał tam bardzo osobliwe dzieci o niezwykłych zdolnościach. Dzięki nim odkrył swoje miejsce na świecie i przeznaczenie. Po wyzwaniach, które stanęły na jego drodze i przeciwnościach, którym musiał stawić czoła razem z nowymi przyjaciółmi, wielkimi krokami zbliża się do finałowej rozgrywki, która rozegra się w Bibliotece dusz.

Po rozpoczęciu przygody razem z Jacobem i grupką niezwykłych dzieci w Osobliwym domu Pani Peregrine i kontynuowaniu jej w Mieście cieni, nie mogłam doczekać się zakończenia trylogii Ransoma Riggsa. Biblioteka dusz była jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie książek, z którą wiązałam spore nadzieje i jednocześnie obawiałam się, że nie sprosta moim oczekiwaniom i całkiem zmieni moje spojrzenie, na tę trylogię. Moje obawy zostały jednak szybko rozwiane, a Biblioteka dusz okazała się najlepszym tomem z wszystkich trzech.

Mam wrażenie, że przez pierwsze dwa tomy Ransom Riggs dopiero się rozkręcał. W Bibliotece dusz wpadamy w wir akcji, walk i niebezpieczeństw, który pochłania nas bez reszty już od pierwszych stron. Niczego możemy być pewni, ponieważ wszystko może zmienić się już na kilku kolejnych stronach. Postacie wykreowane przez Ransoma Riggsa są osobliwe i niesztampowe. Przez trzy tomy mogliśmy obserwować przemianę głównego bohatera, który ewoluował z nieporadnego, momentami naiwnego chłopaka w dobrze zarysowaną i barwną postać. Początkowo Jacob był bardzo niewyraźnym charakterem, którego nie można było sensownie i w prosty sposób określić, jednak bardzo się zmienił i w końcu stał się bohaterem wartym uwagi i przez to bardzo zyskał w moich oczach. 

Trzeci tom trylogii podobnie, jak i dwa poprzednie został równie pięknie wydany. Oprócz niezwykłej okładki, która kolorystyką wpasowuje się w całą trylogię, razem z tekstem współgrają również stare, osobliwe fotografie. Są one równie niesamowite, jak w dwóch poprzednich tomach. Nadają one książce autentyzmu, a w dodatku pomagają budować niezwykły, mroczny i niepokojący klimat tej historii. Bez problemów zatrzymują nasz wzrok podczas lektury i nie sposób odmówić sobie przyjrzenia się im uważniej.

Biblioteka dusz to mroczny, pełen potworów, walk i niespodzianek finał, który jest świetnym zakończeniem trylogii. Z wielkim smutkiem żegnam świat wykreowany przez autora, a także Jacoba i całe osobliwe towarzystwo, ponieważ ta historia była niesamowitą przygodą, podróżą przez świat, który nie zna granic w czasie i przestrzeni, a króluje w nim wyobraźnia. Jeżeli czytaliście poprzednie tomy, to koniecznie sięgnijcie po zakończenie tej historii, a jeśli jednak nie mieliście jeszcze okazji sięgnąć po trylogię Ransoma Riggsa, to gorąco Was do tego zachęcam, ponieważ zdziwicie się, jak wiele ta opowieść ma do zaoferowania.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Zobacz więcej >

Rzeczy przeżywane we śnie są nie mniej prawdziwe...


Liv już od kilku miesięcy mieszka w Londynie razem ze swoją siostrą, matką i jej nowym partnerem Ernestem — ojcem Graysona i Florence. Dobrze układa jej się z nową rodziną, ma cudownego chłopaka Henry'ego, a noce przynoszą kolejne możliwości odkrycia sekretów świadomego śnienia. Niestety w świecie Liv nic nie pozostaje idealne na długo. Anonimowa blogerka Secrecy zna fakty na jej temat, o których nie powinna wiedzieć. Jej chłopak nadal jest skryty i okazuje się, że ma również wiele tajemnic. W sennych korytarzach Liv zaczyna czuć się niespokojnie, gdyż za drzwiami z klamką w kształcie jaszczurki czai się coś mrocznego...

Pierwszy tom trylogii Silver, czyli Silver. Pierwsza księga snów okazał się dla mnie miłym zaskoczeniem. Choć nie była to książka odkrywcza ani zaskakująca, to bardzo miło spędziłam z nią czas. Tematyka snów zawsze mnie interesowała, dlatego bardzo się cieszę, że Kerstin Gier właśnie na niej oparła swoją trylogię.

W drugim tomie autorka świetnie balansuje pomiędzy codziennym nastoletnim życiem Liv, a jej nocnymi wędrówkami przez senne korytarze. Oba wątki świetnie się ze sobą przeplatają i uzupełniają. Kerstin Gier w zabawny sposób ukazuje życie Liv i jej nowej rodziny, której często przydarzają się różne dziwne sytuacje. Z tego powodu nie zabrakło w tej książce humoru, który tak wyraźnie odznaczał się w pierwszym tomie. Autorka kontynuuje również wątek romantyczny, który jest zdecydowanie bardziej wyeksponowany niż w pierwszym tomie, jednak nadal nie dominuje całej akcji, tylko bardzo dobrze wpasowuje się w całą fabułę.

Drugą księgę snów czyta się w równie szybkim tempie, co pierwszą, a styl autorki nadal jest prosty i przyjemny. Przeczytałam tę książkę dosłownie na raz, ponieważ zaczęłam ją i kilka godzin później byłam już po lekturze. Ponowne spotkanie z bohaterami było dla mnie przyjemnością. Liv jest postacią niezwykle zabawną, o wybujałej wyobraźni, która z łatwością wpada w tarapaty, a jej życiowe perypetie wywołują uśmiech na ustach.

Drugi tom trylogii Silver okazał się równie dobry co pierwszy i nie potrafię stwierdzić, który z nich był lepszy. Kontynuację przygód Liv czytałam z radością, gdyż była to świetna odskocznia od cięższych lektur. Już nie mogę się doczekać finału tej historii, który mam nadzieję, okaże się równie dobry, co dwa poprzednie tomy. Druga księga snów to zabawna, wciągająca i interesująca książka, która przenosi czytelnika w świat sennych marzeń i pozwala uwolnić jego nieograniczoną wyobraźnię.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina
Zobacz więcej >

Każdy z nas musi spojrzeć na życie z innej perspektywy

Reese Mackay popełniła w swoim życiu wiele błędów. Jednym z nich było poślubienie mężczyzny, którego nie znała za dobrze, a który krótko po ślubie już zdradzał ją ze swoją byłą. Krótkie, acz burzliwe małżeństwo Reese zakończyła zemstą, za którą ona wpakowała się w tarapaty. Wyciągnął ją z nich jej ojczym, który złożył dziewczynie ofertę rozpoczęcia nowego życia. Tym sposobem Reese trafiła do Miami, gdzie szło jej całkiem nieźle aż do wakacji, które postanowiła spędzić w Cancún. Jednonocna przygoda z Benem zakończyła się upokorzeniem i niechybną porażką, o której chciałaby jak najszybciej zapomnieć.

Ben Morris żyje pełnią życia i czerpie z niego całymi garściami. Jego marzenia o futbolowej karierze przekreśliło rozbite kolano, dlatego postanowił wykorzystać swój błyskotliwy umysł i rozpoczął studia prawnicze. Po trzech latach, które dzielił pomiędzy naukę i pracę, jako ochroniarz w klubie ze striptizem może w końcu rozpocząć dorosłe życie. W nowej pracy spotyka jednak niezwykłą i pełną charyzmy dziewczynę, którą poznał w Cancún, dziewczynę, o której nie potrafił zapomnieć. 

Pięć sposobów na upadek to kolejny, czwarty, a zarazem ostatni już tom serii Dziesięć płytkich oddechów. Tym razem swoją własną historię otrzymał Ben, którego poznaliśmy już w pierwszym tomie, jako ochroniarza w Pałacu Penny. Już na początku dał się poznać czytelnikowi jako zabawna, żywa, a także barwna postać i taka jest również ta książka. Oczywiście, jak to w powieściach K.A. Tucker nie zabraknie dramatów i tragedii, jednak mimo to Pięć sposobów na upadek to zdecydowanie najbardziej wypełniony humorem tom tej serii. Wciągnęła mnie już od pierwszych stron, podobnie jak inne powieści tej autorki, która ma tak niezwykle lekki i przyjemny styl, który sprawia, że choć książka ma ponad pięćset stron, to czyta się je tak niesamowicie szybko, że już kilka godzin później jest się po jej lekturze.

Ben jest bardzo ciepłą i pozytywnie nastawioną do życia postacią, natomiast Reese ma bardzo podobny charakter do Kacey, czyli głównej bohaterki Dziesięciu płytkich oddechów. Jest wredna, pyskata i cyniczna, a momentami potrafi być naprawdę okropna, nawet dla bliskich sobie osób. Ma jednak powody, by się tak zachowywać, a jej przeszłość na pewno nie była usłana różami. W gruncie rzeczy Reese jest wrażliwą osobą, która nie zaznała nigdy ciepła ze strony swojej matki, dlatego często pakowała się w kłopoty, aby zwrócić na siebie uwagę. W czwartym tomie serii podobnie jak w Czterech sekundach do stracenia mamy zaprezentowane dwa punkty widzenia. Wiemy, co czuje Reese, a co Ben. Ich punkty widzenia świetnie się dopełniają i przeplatają ze sobą. Obserwujemy rodzące się pomiędzy nimi uczucie z dwóch stron i dostrzegamy, jak ono na nich wpływa.


Pięć sposobów na upadek to niestety już ostatni tom serii Dziesięć płytkich oddechów, która jest według mnie jedną z najlepszych serii z gatunku New Adult. Historia Bena i Reese, choć nie zabrakło w niej ciężkich chwil była zdecydowanie najbardziej pozytywną książką z tej serii, którą czytałam z uśmiechem na ustach i wielką przyjemnością. K.A. Tucker ma niezwykły talent, a jej seria to cztery tomy pełne pasji, uczuć, humoru i niesamowitych bohaterów, które trafiają prosto do serca i po które z całą pewnością warto sięgnąć. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni internetowej Gandalf.com.pl 

Zobacz więcej >

Masz sekundy, by wygrać lub by wszystko stracić

Dwudziestodziewięcioletni Cain prowadzi klub ze striptizem, choć nie jest to tak pasjonujące zajęcie, jak mogłoby się niektórym wydawać. Mężczyzna jest skryty, poukładany i odpowiedzialny, a pewne wydarzenie z przeszłości sprawiło, że pragnie pomagać kobietom, które same nie potrafią o siebie zawalczyć. Pewnego dnia w drzwiach klubu staje piękna Charlie Rourke, przez którą wszystkie jego zasady zostają wystawione na próbę. Dziewczyna potrzebuje zniknąć i to jak najszybciej, jednak do tego potrzebuje pieniędzy. Praca w klubie ze striptizem nigdy nie należała do szczytu jej marzeń, jednak nie ma wyboru, jeśli pragnie uciec od sprawy, w którą jest zamieszana. Nie ma zamiaru rozpraszać swojej uwagi romansem, jednak przekona się, że ucieczka przed uczuciami, którymi zaczyna darzyć Caina nie jest wcale taka łatwa.

Dwa poprzednie tomy serii Dziesięć płytkich oddechów, choć nie są najlepszymi książkami, jakie przeczytałam w moim życiu i nie są również szczególnie odkrywcze, ani zaskakujące, to jednak sposób, w jaki zostały napisane i tematyka, którą poruszają plasuje je dość wysoko w moim rankingu książek z gatunku New Adult. Nie miałam więc wątpliwości, że sięgnę kolejne tomy z tej serii. Fabuła w Czterech sekundach do stracenia skupia się na Cainie, którego poznaliśmy już w pierwszym tomie. Jego postać już wtedy zwróciła moją uwagę, dlatego zrobienie z niego głównej postaci kolejnego tomu było świetnym posunięciem ze strony autorki.

K.A. Tucker po raz kolejny udało się mnie zaskoczyć i jestem pod wrażeniem, tego, co zaprezentowała w tym tomie. Książka rozpoczyna się bardzo ciekawie, gdyż już na samym początku przenosimy się dziesięć lat wstecz, by poznać urywek z życia Caina. Nasza ciekawość rośnie już od pierwszych stron, a cała fabuła wciąga i angażuje. Autorka świetnie buduje napięcie, które stopniowo narasta, aby w odpowiednich momentach wybuchnąć. K.A. Tucker sprawnie i z wprawą posługuje się słowem pisanym i wie, jak wykorzystać to na swoją korzyść.

Po raz pierwszy w całej tej serii pojawiają się wydarzenia przedstawione z dwóch perspektyw. Wiemy dlatego, co myśli i czuje Charlie, ale również, co czai się w sercu i umyśle Caina. Ma to bardzo duży wpływ na fabułę, bo o ile w dwóch poprzednich tomach zabrakło tego zabiegu, gdyż na kartach książki bohaterowie skrywali tajemnice, którą czytelnik mógł starać się rozwiązać na własną rękę, to w tym tomie zarówno Charlie, jak i Cain wiele skrywają i są tajemnicą dla siebie samych. Ich przeszłość jest pełna brutalnych i mrocznych wspomnień, które na zawsze zapisały się w ich pamięci.

Cztery sekundy to stracenia to kolejny świetny tom serii Dziesięć płytkich oddechów, który jednocześnie jest podobny, jak i różny od poprzednich tomów. Trzecia część jest dojrzalsza i bardziej brutalna, nie pojawiają się w niej banalne problemy. Bohaterowie wkraczają do mrocznego przestępczego świata, którym rządzi przemoc i narkotyki. To coś całkiem nowego w porównaniu do poprzednich części, jednak autorka i na tym polu świetnie sobie poradziła. Jestem przekonana, że nie muszę zachęcać fanów autorki do sięgnięcia po tę książkę, a jeśli szukacie niesztampowego i ciekawego romansu, z tajemnicami i mroczną przeszłością to ta książka zdecydowanie nie sprawi Wam zawodu.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni internetowej Gandalf.com.pl

Zobacz więcej >

Aż strach się bać...

Czy znajdzie się jeszcze miłośnik grozy, który nie słyszał nazwiska Lovecraft? Amerykański król horroru i fantastyki jest znany i uwielbiany przez rzesze fanów. Bardzo dużo nasłuchałam się na jego temat. Miałam w pewnym momencie wrażenie, że wszyscy z wyjątkiem mnie zapoznali się już z jego twórczością, dlatego, kiedy nadarzyła mi się okazja bez chwili zawahania sięgnęłam po Zgrozę w Dunwich i inne przerażające opowieści.

Muszę przyznać, że przed sięgnięciem po tę książkę obawiałam się nieco stylu autora, ponieważ nie każdemu przypadł do gustu. Okazało się jednak, że nie jest tak w moim przypadku. Początkowo miałam problemy, żeby się do niego przyzwyczaić, ale kiedy już mi się to udało, dalsza lektura była dla mnie przyjemnością. Zagłębianie się w mrok, ponure bagna, przeklęte miejsca i najciemniejsze zakamarki, było dla mnie nie lada wyzwaniem, ponieważ oprócz kilku pozycji nie miałam okazji związać się z tym gatunkiem. Lovecraft wciągnął mnie w mrok i makabrę oraz sprawił, że dołączyłam do grona jego fanów.

Cały zbiór składa się z piętnastu opowiadań. Jedne z nich są krótsze, inne dłuższe, jednak wszystkie wymagają takiego samego skupienia. Podczas lektury musimy dokładnie się w nią zagłębić i całkowicie się jej oddać. Książkę czytałam bardzo długo, głównie ze względu na jej objętość. Wymagała ona ode mnie również pełnej uwagi, a nie zawsze mogłam poświęcić ją w całości lekturze.

W książce oprócz niesamowitej treści znajdziecie również ilustracje wykonane przez Johna Coultharta, które idealnie wpasowują się w treść książki. Uwielbiam ilustracje w książkach, szczególnie takie, którym mogę się dokładnie przyjrzeć i analizować każdy ich detal.

Nie spodziewałam się tego, ale styl autorka przypadł mi do gustu, a same opowiadania sprawiły, że nieraz przebiegł mi po plecach dreszczyk grozy i emocji. Pierwsze spotkanie z twórczością Lovecrafta zdecydowanie zaliczam do udanych i na pewno zapoznam się z innymi historiami jego autorstwa. Polecam ten zbiór przede wszystkim fanom gatunku i autora, ale także osobom, które nie miały jeszcze styczności z jego twórczością, bo być może przekonają się do niej tak, jak mi się udało.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper

Zobacz więcej >

Czasami sprawiedliwość objawia się w małych zwycięstwach

Safiya i Iseult są najlepszymi przyjaciółkami i siostrami z wyboru. Razem bardzo łatwo wpadają w tarapaty i trudne sytuacje, jednak wspólnymi siłami zawsze udawało im się z nich wyplątać. Safi jest tytułową prawdodziejką — niezwykle rzadką wiedźmą prawdy, która jest w stanie zdemaskować każde kłamstwo. Dziewczyna jest również porywcza i impulsywna, najpierw działa, a potem myśli. Iseult jest natomiast całkowitym przeciwieństwem swojej więziosiostry. Opanowana i solidna, jest więziodziejką, rozpoznaje emocje innych poprzez nici więzi, które dostrzega. Jej moc jest tajemnicą nawet dla niej samej i nie poznała jeszcze wszystkich swoich możliwości. Dziewczyny marzą o wolności i spokojnym życiu, niestety taki los nie jest im pisany.

Prawdodziejka to książka, o której przed jej przeczytaniem nie wiedziałam za wiele, oprócz tego, że otrzymuje wiele pozytywnych opinii i wysokie oceny. Do sięgnięcia po powieść Susan Dennard zachęcił mnie opis, ale i blurb Sarah J. Maas, której twórczość bardzo sobie cenię, dlatego wiedziona ciekawością zdecydowałam się sięgnąć po kolejną książkę fantasy, z nadzieją, że ona również wniesie coś nowego do mojego ulubionego gatunku.

Choć zetknęłam się już z wieloma fantastycznymi światami, to jednak Susan Dennard udało się mnie zachwycić. Autorka stworzyła ogromną, świetnie wykreowaną i dopracowaną rzeczywistość. Zaskoczyła mnie pozytywnie tym, że nie wprowadziła nas do niej krok po kroku, tylko od razu rzuciła na głęboką wodę w wir akcji. Ominął nas przez to nużący wstęp, choć na początku byłam trochę zdezorientowana nowym słownictwem, to jednak od razu zatraciłam się w tej historii. Styl autorki jest lekki, a akcja wartka, dlatego książkę czyta się w zawrotnym tempie. Kiedy już zaczęłam, nie mogłam się od niej oderwać.

Susan Dennard wykreowała niesamowitych bohaterów, którzy nie irytują, a błyskawicznie zyskują naszą sympatię. Safi, choć gra główne skrzypce w tej historii i jest zdecydowanie najbardziej wyrazistą postacią, to jednak nie dominuje całej powieści. Fabuła nie skupia się tylko na tytułowej prawdodziejce, choć tak może się na pierwszy rzut oka wydawać. Okazuje się, że ma ona znacznie więcej do zaoferowania. Iseult, choć nie wyróżnia się tak bardzo, jak swoja więziosiostra, to zdecydowanie nadrabia charakterem. Do tego w książce pojawia się również Merik, który panuje nad wiatrem. Bardzo polubiłam jego postać, a ze względu na to, że kolejny tom serii nosi tytuł Wiatrodziej, mam nadzieję, że będzie skupiał się właśnie na nim. W książce pojawia się również wątek romantyczny, jednak nie jest on najważniejszy, a wręcz przeciwnie prawie go nie ma, jednak w odpowiednich momentach nadaje książce napięcia.

Prawdodziejka to magiczna pełna akcji, scen walki i wspaniałych bohaterów powieść, która porwała mnie od pierwszych stron. To świetny początek dobrze zapowiadającej się serii, na której kolejne tomy czekam z wielką niecierpliwością. Ta książka z pewnością ożywi nieco szarą, jesienną rzeczywistość i zapewni kilka godzin świetnej rozrywki, więc jeśli jeszcze wahacie się, czy po nią sięgnąć, to naprawdę nie ma nad czym się zastanawiać, bo na pewno nie pożałujecie.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non 
Zobacz więcej >

Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie...


Lisel Meminger zaczyna swoją przygodę z książkami całkiem przypadkowo. Podręcznik grabarza jest dla niej tajemnicą, gdyż nie rozumie słów zawartych na jego kartach. To nie ma dla niej jednak znaczenia, ponieważ to jedyna rzecz, która cienką nicią wiąże ją z przeszłością. Dziewczynka trafia do rodziny Hubermannów. Tam odnajduje dom i ciepło, którego wcześniej nie doświadczyła. Razem z przybranym ojcem uczy się czytać i odkrywa magię słów. Jednak na ich mały świat pada cień wojny, która nie oszczędziła również Niemiec. Jej bezpieczna przystań zmienia się w piekło, gdzie dopadają jej potwory, które nie opuszczą jej pamięci już do końca życia. 

The Book Thief to książka, która według mnie cieszy się niesłabnącą popularnością, choć została wydana po raz pierwszy już dziesięć lat temu. Było o niej bardzo głośno całkiem niedawno z powodu ekranizacji i to właśnie wtedy usłyszałam o niej po raz pierwszy. Przeczytałam mnóstwo pozytywnych opinii i bardzo zdziwił mnie fakt, że nikt nie ocenił jej negatywnie. Wszyscy bez wyjątku zachwycali się tą książką i podobnie było również w moim przypadku.

Książka wciągnęła mnie od samego początku. Kiedy już przeczytałam pierwszą stronę, nie mogłam sobie odmówić kolejnych i tak było aż do samego końca. Ta książka wywołała u mnie całą gamę uczuć, od radości, po wzruszenie i smutek, a zakończenie przygniotło mnie całkowicie. Było nagłe i nie spodziewałam się, że aż tak mną wstrząśnie. Ostatnie strony czytałam przez łzy, przez łzy smutku, ale i zrozumienia, ponieważ pokazują one okrucieństwo wojny, jej bezsens oraz to, że nie oszczędza ona nikogo.

Choć akcja książki dzieje się podczas trwania II Wojny Światowej, to jednak nie skupia się głównie na niej. To opowieść o odkrywaniu samego siebie. To historia o poznawaniu słów, ich magii oraz tego, jak bez nich nasz świat byłby ubogi i pusty. To książka o prawdziwej przyjaźni, której nie dzielą odmienne poglądy i wyznanie. To również opowieść o bezinteresownej miłości płynącej prosto z serca oraz o byciu człowiekiem w czasach, kiedy ludzie zapominali, czym był prosty, serdeczny gest.

Bohaterowie stworzeni przez autora są ludźmi z krwi i kości. Miałam wrażenie, że mogliby po prostu opuścić karty książki i stanąć tuż obok mnie. To powieść niezwykle prawdziwa, a historia w niej napisana mogłaby wydarzyć się naprawdę. Postacie zyskały moją ogromną sympatię. Lisel, czyli tytułowa bohaterka przywołała moje własne wspomnienia z dzieciństwa o pierwszych przeczytanych książkach i pomogła przeżyć mi to na nowo. Przybrani rodzice dziewczynki, czyli Hans i Rosa, którzy się nią zaopiekowali są prostymi ludźmi, z czasem poznajemy ich bliżej, dostrzegamy ich mądrość życiową, pokłady dobra i miłość, którą obdarzyli swoją przybraną córkę.

Ta książka pełna jest niesamowitych bohaterów, jednak autor nie czyni żadnego z nich narratorem. Ten zaszczyt przypada Śmierci. Nigdy wcześniej nie miałam okazji czytać podobnej książki, z tak wyjątkowym narratorem. Śmierć jest obiektywny i bezstronny, zwraca naszą uwagę na to, że w ludziach jest zarówno dobro, jak i zło oraz na to, że te skrajne cechy mają ze sobą wiele wspólnego. Przypomina, że na każdego przyjdzie czas i również my kiedyś pożegnamy się z tym światem, bo taka jest kolej rzeczy.

The Book Thief to książka wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Na pewno jeszcze nie raz do niej powrócę, bo to cudowna i wartościowa lektura, obok której nie sposób przejść obojętnie. Nie ma odpowiednich słów, którymi mogłabym dobrze opisać tę książkę, ponieważ nadal się jeszcze po niej nie pozbierałam. Jeśli zastanawiacie się nad sięgnięciem po nią, to naprawdę nie ma, na co czekać, ponieważ to książka warta uwagi i czasu, która trafia prosto do serca i daje nadzieję.


Książkę do recenzji dostarczyła księgarnia internetowa lovebooks.pl
Zobacz więcej >

Wiem jedynie, że nie da się żyć bez bólu


Alina Starkov przeszła ogromną przemianę. Z sieroty i uczennicy kartografa zmieniła się w potężną Griszę, Przyzywaczkę Słońca zdolną zniszczyć Fałdę Cienia. Została Świętą, symbolem nadziei w mrocznych czasach, w których ciemność nie umiera. Sankta Alina. Czy zdoła przeciwstawić się Darklingowi? Kto wyjdzie zwycięsko z ostatecznego starcia?

Trylogia Grisza już od pierwszego tomu porwała mnie i wciągnęła do swojego niesamowitego świata. Część pierwsza, czyli Cień i kość oczarowała mnie, a Szturm i grom tylko utwierdził w przekonaniu, że ta trylogia ma szansę stać się jedną z moich ulubionych. Niesamowicie długo zwlekałam z sięgnięciem po finał tej historii, ponieważ nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że to już koniec. Po dwóch świetnych moim zdaniem tomach oczekiwałam po ostatnim czegoś niesamowitego, wielkiego, co wprawi mnie w osłupienie, jednak, czy to właśnie otrzymałam?

Akcja rozwija się dość wolno. Szczerze nie byłam z tego powodu zaskoczona, bo podobnie działo się w poprzednich tomach. Powoli wszystko zaczyna nabierać tempa, podobnie jest z napięciem, które autorka stopniowo buduje przez całą książkę. Od początku jednak śledziłam wydarzenia z wielką uwagą, chłonęłam każde słowo i czerpałam ogromną radość z lektury. Leigh Bardugo po prostu czaruje słowem, a stworzone przez nią uniwersum należy do grona moich ulubionych. Niejednokrotnie podczas czytania książki autorka postanowiła mnie zaskoczyć, rozśmieszyć, zdenerwować i wytrącić z równowagi.

Główna bohaterka o ile nie irytowała mnie aż tak bardzo w poprzednich tomach, to w tym po prostu nie mogłam jej zdzierżyć. Alina denerwowała mnie na każdym kroku, podejmowała głupie i nierozsądne decyzje, zachowywała się dziecinnie, choć przeszła już tak wiele, to jednak nie nauczyła się zbyt dużo. Przez całą trylogię nie udało mi się polubić Mala i to nigdy się nie zmieni. Ten bohater od pierwszego tomu strasznie mnie irytował i miałam go serdecznie dość. Dlatego jestem zła na autorkę, że w jednym momencie, kiedy myślałam, że jednak stanie się to, na co tak długo czekałam, ona nagle zrobiła coś tak głupiego, że nadal nie mogę w to uwierzyć. Na szczęście w tym tomie nie zabrakło moich dwóch ulubionych bohaterów, którzy skradli moje serce, a mowa tu oczywiście o Darklingu i Nikolaju. To zdecydowanie ta dwójka uczyniła po części tę trylogię wyjątkową i ratowała ją w gorszych momentach za co jestem im niesamowicie wdzięczna.

Zakończenie całej trylogii całkowicie mnie zawiodło i rozczarowało. Obawiałam się, że mam zbyt wielkie oczekiwania wobec finału i książka, choć okaże się wyjątkowa, to nie zdoła im sprostać. Tak się jednak nie stało. Ostatnie kilkadziesiąt stron to wir wydarzeń i wartka, pędząca w zawrotnym tempie akcja. Wszystko wskazywało na to, że na końcu wydarzy się coś niesamowitego, wielkiego, co godnie zakończy tak świetną trylogię, okazało się jednak, że autorka postanowiła pójść po linii najmniejszego oporu i postawiła na najprostsze i nijakie zakończenie tej historii. Kiedy przeczytałam ostatnią stronę, nie mogłam w to uwierzyć. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że tak świetnie rozwijająca się książka, nagle stanie się do bólu przewidywalna. Jestem niesamowicie zła na autorkę i długo po zakończeniu tej książki nie mogłam przestać o niej myśleć.

Ruina i Rewolta to książka wypełniona akcją, tajemnicami i scenami walki. Według mnie, gdyby nie beznadziejne zakończenie, to mogłaby to być bezapelacyjnie najlepszy tom i rzeczywiście taki jest praktycznie do samego końca. Trylogia Grisza to jedna z moich ulubionych trylogii, nawet jeśli głównej bohaterce daleko do ideału, a zakończenie prezentuje według mnie najgorszy możliwy scenariusz, to jednak nadal uwielbiam dwa poprzednie tomy i świat wykreowany przez Leigh Bardugo. Właśnie dlatego zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę i rozpoczęcia niezwykłej przygody w pełnej magii i niezwykłych bohaterów.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Internetowej Platon24.pl

Zobacz więcej >

Nie akceptuj zła, które możesz zmienić



Rodzina Sinclairów jest szacowna, bogata, a jej członkowie piękni i dystyngowani. Wielopokoleniowa rodzina z wieloma tradycjami i zasadami. Co roku zbierają się, aby wspólnie spędzić wakacje na prywatnej wyspie. Cudownie, nieprawdaż? To jednak tylko pozory, ponieważ pod idealną maskę kryje się kłamstwo i fałsz. Z zewnątrz wydają się perfekcyjną rodziną, wzorem, jednak Sinclairowie to urodzeni łgarze, którzy skrywają tajemnicę.

Byliśmy łgarzami, to książka, która ponad dwa lata temu wywołała spore zamieszanie za granicą. Podczas premiery książki w Polsce w zeszłym roku również towarzyszył jej niemały szał. Od dawna chciałam sięgnąć po tę powieść, nie tylko ze względu na opis, który mnie zainteresował, ale głównie z powodu skrajnych opinii, które niesamowicie mnie zaintrygowały. Jedni zachwycali się powieścią autorstwa E. Lockhart, natomiast niektórzy zaliczali ją nawet do grona najgorszych książek przeczytanych w życiu. Nic więc dziwnego, że chciałam sama przekonać się, czy książka przypadnie mi do gustu, czy wręcz przeciwnie wzbudzi we mnie negatywne emocje. 

Spoglądamy na Sinclairów oczami Cadence, która jest narratorką i zarazem jedną z czwórki tytułowych łgarzy. Widać, że to do jej kreacji autorka przyłożyła się najbardziej, nie zaniedbując przy tym pozostałych bohaterów. Dziewczyna ma bardzo złożony charakter. Podążając jej śladami, krok po kroku coraz bardziej przybliżamy się do zakończenia, która ma zachwycić i zadziwić. Z uwagą przeczesujemy teren wyspy, poszukując każdego, choćby niewielkiego szczegółu, małej wskazówki, która pomoże rozwikłać zagadkę. Błądzimy po omacku, szukając włącznika światła.

Styl Pani Lockhart jest według mnie specyficzny, ale i ujmujący. Autorka niezwykle zręcznie posługuje się słowem pisanym, nie brak w jej powieści gier słownych, metafor i dwuznaczności, dlatego trzeba ją czytać z niezwykłym skupieniem, gdyż momentami bardzo ciężko odróżnić, które wydarzenia rozgrywają się naprawdę. Wszystko w tej książce ma znaczenie i nic nie znalazło się w niej przypadkiem. Zdania w książce nierzadko nagle się urywają, są krótkie, czy przeskakują do nowej linijki, wszystko jest chaotyczne, dlatego łatwo się zagubić. 

Byliśmy łgarzami jest, jak na moje standardy książką bardzo krótką i na początku sądziłam, że jej czytanie nie zajmie mi długo czasu. Okazało się jednak, że powieść E. Lockhart wymagał ode mnie pełnego skupienia i uwagi. Nieraz musiałam przeczytać po raz drugi jakiś fragment i poświęcić chwilę na jego analizę. Autorka już na początku zarzuca nas opisem Sinclairów, a więc wieloma imionami i powiązaniami między członkami rodziny. Oczywiście nie udało mi się tego przyswoić od razu, dlatego podczas czytania musiałam wracać na początek, aby przypomnieć sobie, kto był kim.

Byliśmy łgarzami to książka o kłamstwie, która pokazuje, jak ważna w życiu jest prawda. Nawet jedno kłamstwo, które może wydawać się mało znaczące, może wpłynąć na niektóre aspekty naszego życia. Największy wpływ ma jednak na nas, ponieważ powoli zaczynamy zatracać się w fikcji, a ucieczka z sieci kłamstw wcale nie jest taka łatwa. Czy polecam Byliśmy łgarzami? Ta książka jest bardzo osobliwa i nie każdemu przypadnie do gustu. Ja jednak należę do grona osób, którym powieść E. Lockhart się spodobała, wciągnęła mnie od początku i bardzo żałuję, że nie jest dłuższa. Według mnie każdy, który interesuje się tą książką i zastanawia się nad sięgnięciem po nią, nie powinien się wahać i samemu wyrobić sobie zdanie na jej temat.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Internetowej Platon24.pl



Zobacz więcej >

Nie ma sensu rozmyślać o tych wszystkich "co by było gdyby"


Ta dziewczyna to już trzeci tom trylogii Pułapka uczuć autorstwa Colleen Hoover. Historia Layken i Willa, których mieliśmy okazję poznać w pierwszym tomie w końcu może się doczekać szczęśliwego zakończenia. Nazywanie tego tomu kontynuacją jest jednak trochę przesadzone, ponieważ choć pojawiają się tu dalsze losy bohaterów, to jednak większą część książki stanowią wspomnienia Willa, który opowiada wydarzenia z pierwszego tomu ze swojego punktu widzenia.
Zobacz więcej >

Ciemność nie umiera


Prześladowana i ścigana Alina, która posiada wyjątkową moc przyzywania słońca, zdała sobie sprawę, że może się ukryć, ale nie może uciec. Musi zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem, dlatego powraca do miejsca, w którym wszystko się zaczęło. Nie jest już jednak zagubioną i słabą asystentka kartografa, ale potężna Griszą, kochaną przez ludzi, którzy uważają ją za świętą. Alina przekonała się, że ciemność nie umiera. Czy uda jej się przegnać cień, który coraz szerzej rozciąga się nad Ravką? Czy wystarczy silna wola i dobre chęci, a także pomoc niesławnego korsarza, aby ocalić kraj spowity mrokiem?

Leigh Bardugo podbiła moje serce pierwszym tomem trylogii Grisza. Nie mogłam się doczekać sięgnięcia po kontynuację Cienia i kości, a także powrotu do Ravki i ponownego spotkania dobrze znanych bohaterów.

Świat wykreowany przez autorkę oczarował mnie już na samym początku. Jest baśniowy, ale i mroczny, czasami wręcz mistyczny. Posiada swój niezwykły i niepowtarzalny klimat. Kiedy ponownie do niego wkroczyłam, poczułam się niesamowicie, tak samo, jak podczas czytania pierwszego tomu. Wszystko w wykreowanym przez autorkę świecie jest według mnie intensywniejsze. Barwy, uczucia i otoczenie, które Leigh Bardugo maluje przy pomocy plastycznych opisów, to wszystko sprawia, że nie można nie zachwycać się światem, w którym rozgrywają się wszystkie wydarzenia.

Już na początku powieści zostajemy rzuceni na głęboką wodę. W Cieniu i Kości mogliśmy poznać świat powieści, a także prawa, jakimi się rządzi, dlatego drugi tom czyta się o wiele łatwiej niż pierwszy, choć ja akurat nie mam z tym problemu, bo uwielbiam poznawać nowe światy. W Szturmie i gromie nie ma już długiego wstępu, który był konieczny i bardzo potrzebny na początku tej historii, dlatego już na pierwszych stronach rzucamy się w wir akcji.

Autorka świetnie wykreowała bohaterów swojej powieści. W Szturmie i Gromie Alina zyskała pewność siebie, której tak jej brakowało, a także odnalazła w sobie zadziorny charakter. Zaakceptowała to, że nie może uciec, a Ravka jej potrzebuje. Według mnie dojrzała, nie zachowywała się już jak głupiutka nastolatka, która może wszystko ze względu na swoją moc. Oczywiście zdarzały się momenty, w których nie mogłam jej znieść, a jej zachowanie było bardziej niż irytujące. Najbardziej kuła mnie w oczy jej relacja z Malem, którego po prostu nie znoszę. Wydaje mi się, że Mal potrafi tylko dramatyzować i stroić fochy, albo okazywać zazdrość. Nie polubiłam go w pierwszym tomie i to nie uległo zmianie. Ku mojemu zaskoczeniu w książce pojawiła się nowa postać, którą pokochałam nawet bardziej niż Darklinga. Chodzi mi o tajemniczego bohatera, który rzuca talentami na prawo i lewo, ma świetne poczucie humoru i potrafi zaskakiwać. Osoby, które czytały ją tę książkę na pewno wiedzą, kogo mam na myśli.

Szturm i Grom to pełna magii i akcji kontynuacja, która okazała się jeszcze lepsza niż pierwszy tom. Autorka nadała w niej konkretny kierunek całej historii, wszystko nabrało większego znaczenia, a także sensu. Zakończenie pozostawiło mnie z masą pytań i niewiadomych, dlatego już nie mogę doczekać się Ruiny i Rewolty, której z drugiej strony nie chcę jeszcze czytać, bo nie dopuszczam do siebie jeszcze myśli o pożegnaniu się z tą historią. Polecam ją jednak bardzo miłośnikom barwnych i wciągających książek fantastycznych, podczas których czytania tracimy poczucie czasu i przestrzeni. 


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Kiedy naprawdę na kimś ci zależy, to chcesz, żeby ten ktoś dobrze się czuł


Od wakacji w Santa Monica, kiedy Eden zdała sobie sprawę, że uczucia, które żywi do swojego przybranego brata Tylera, są głębsze, niż przypuszczała minęły już trzy lata. Trzy długie lata, podczas których tak wiele się wydarzyło. Po wspólnych wakacjach w Nowym Jorku Eden myślała, że wszystko nareszcie się ułoży, że kiedy ona i Tyler są razem uda im się sprostać wszystkim przeciwnościom. Dziewczyna jednak bardzo się myliła i ostatecznie została sama z całym bałaganem na głowie. Uczucie zniknęło, a jego miejsce zajął gniew.


Trylogia Dimily od początku nie wywarła na mnie wielkiego wrażenia. Historia Eden i Tylera, choć zaciekawiła mnie poruszonym w niej tematem, to jednak nie okazała się tak dobra, jak się tego spodziewałam. Drugi tom był nawet słabszy od pierwszego i pewnie, gdyby to, że nie lubię niedokończonych historii, na pewno nie sięgnęłabym po zakończenie tej trylogii.

Akcja książki rozpoczyna się prawie rok po zakończeniu Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?. Eden jest wściekła. Przez ostatni rok musiała mierzyć się z ojcem, który nią gardzi, pogardliwymi spojrzeniami i szeptami za plecami. Kompletnie sama. Nic więc dziwnego, że jej uczucia wobec Tylera się zmieniły, oczywiście tylko z pozoru. Jest na niego niesamowicie zła i uważa, że między nimi wszystko jest skończone. Kiedy jednak jej przybrany brat pojawia się na horyzoncie, wszystkie jej uczucia wracają. Łatwo się domyślić, co wydarzy się na kolejnych stronach. Z każdym kolejnym rozdziałem robi się według mnie bardziej słodko, a czasami aż za bardzo. Wszystko nagle stało się proste, co po tylu latach ciągłych przeciwności, było aż zbyt piękne. Dlatego nie jestem przekonana do zakończenia, kiedy to wszystkie problemy bohaterów rozwiązują się jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki i wszystko idzie po ich myśli, jakby ostatni rok w ogóle nie miał miejsca.

Bohaterowie wykreowani przez Estelle Maskame bardzo zmienili się na przestrzeni trzech tomów. Od rozpoczęcia akcji minęły trzy lata. Eden ma już dziewiętnaście lat, skończyła szkołę i studiuje na wymarzonej uczelni. Wydoroślała, nadal zdarza się jej zachowywać irracjonalnie, kiedy myśli jedno, a robi drugie. Całkiem inaczej jest w przypadku Tylera, w którym zaszła niesamowita przemiana. To nie jest już ten skrzywdzony nastolatek, który ma pretensje do całego świata i na wszystkich się wyżywa. Widać, że bardzo dojrzał. Dostrzec można to już było w drugim tomie, jednak w tym poszedł o kolejny krok naprzód. Usamodzielnił się i poukładał swoje sprawy. Nie jest już zagubiony, wie, czego chce i robi to.

Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię? to zakończenie, które mnie nie zaskoczyło. Spodziewałam się go już po kilku pierwszych stronach, choć miałam nadzieję, że autorka postanowi porzucić schematy i zdecyduje się na oryginalne zakończenie. Nie mam jej jednak tego za złe, ponieważ ta historia, choć sam pomysł na nią jest ciekawy, to cała reszta pozostała bardzo schematyczna. Trzeci tom okazał się lepszy od drugiego i według mnie jest na podobnym poziomie, co pierwszy, choć muszę przyznać, że wydarzenia nie są już tak błahe i wyolbrzymione, jak w Czy wspominałam, że Cię kocham? Osobom, które dwa poprzednie tomy mają już za sobą, oczywiście radzę sięgnąć również i ten, który po części zamazuje nieprzyjemne wrażenia po drugim. Jeśli jednak nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z tą historią, to nie mogę zachęcić Was do jej sięgnięcia. Historia Eden i Tylera jest według mnie przeciętna i na pewno za kilka miesięcy nie będę wiele z niej pamiętać. To książki, które pomogą odetchnąć po ciężkim dniu i odpocząć od poważniejszych lektur, jednak na pewno znajdą się ciekawsze książki, które lepiej sprawdzą się w tej roli.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Feeria


Zobacz więcej >

W którymś momencie wszyscy podnosimy wzrok i uświadamiamy sobie, że zgubiliśmy się w labiryncie


Najlepszymi przyjaciółmi szesnastoletniego Milesa Haltera są jego rodzice, a jego największą pasją jest zapamiętywanie ostatnich słów znanych ludzi. Swoje życie uważa za niesamowicie nudne, choć ma jeden cel. Miles poszukuje Wielkiego Być Może, czyli najintensywniejszego doświadczenia w rzeczywistości. Rozpoczyna naukę w Culver Creek, szkole z internatem w Alabamie, do której kiedyś uczęszczał jego ojciec. Tam poznaje Alaskę Young - piękną i fascynującą dziewczynę, której magnetyczna osobowość go przyciąga. Razem z nią i nowymi przyjaciółmi, których poznał w szkole odkrywa uroki nastoletniego życia i przeżywa doświadczenia, których wcześniej nie zaznał. Nagle jednak wszystko kończy się w najmniej odpowiednim momencie...

Na pewno wszyscy pamiętają szał na książkę Gwiazd naszych wina autorstwa Johna Greena oraz jej ekranizację pod tym samym tytułem. Po premierze filmu bardzo wiele osób zdecydowało się sięgnąć również po pierwowzór tej historii, jednak zdecydowana mniejszość zapragnęła zapoznać się także z innymi powieściami tego autora. Looking for Alaska, w języku polskim Szukając Alaski jest debiutem Johna Greena wydanym po raz pierwszy już dość dawno, ponieważ ponad dziesięć lat temu.

Fabuła w książce dzieli się na dwie części. Jedna z nich to część Przed, natomiast druga Po. Łatwo można się domyślić, że mniej więcej w połowie książki czeka nas zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, który odmieni życie bohaterów. Jest to oczywiście dramatyczny zwrot, jednak autor pokazuje, że nawet po czymś takim życie toczy się dalej. Czy przewidziałam, co się wydarzy? I tak i nie. Z jeden strony ten scenariusz dość szybko przyszedł mi do głowy, jednak uznałam go za zbyt prosty i szybko zastąpiłam innymi pomysłami tego, co autor mógł wymyślić.

John Green postawił w swojej powieści na indywidualność postaci. Główni bohaterowie zdecydowanie wyróżniają się na tle postaci pobocznych. Największy kontrast widać pomiędzy tytułową Alaską i Milesem. On jest outsiderem z niesamowicie nudnym życiem, a ona zabawną i inteligentną dziewczyną. On nie ma przyjaciół i nie imprezuje, ona natomiast pije, pali i nie boi się szaleć. Nie potrzeba, więc dużo czasu, by Miles zakochał się w Alasce, która jednak z kimś się spotyka. Mimo to chłopak nie poddaje się i być może dzięki niej odnajdzie w końcu swoje Wielkie Być Może, którego tak szuka. 

W książce nie brak humoru dzięki zabawnym postaciom i komicznym sytuacjom, jednak podczas czytania cały czas towarzyszył mi smutek, a w części Po również przygnębienie. Choć na początku jest to książka zabawna i wesoła, to od połowy staje się jednak bardziej melancholijna. Nie brak w niej głębokich refleksji, które również czytelnika skłaniają do myślenia. Z błahego pomysłu John Green stworzył książkę inteligentną i jednocześnie pokręconą, śmieszną i smutną, a to wszystko zawarł na mniej niż trzystu stronach. 

Looking for Alaska to powieść z pozoru zwyczajna i podobna do innych książek Greena. Można jednak pod płaszczykiem prostej młodzieżówki zobaczyć drugie dno. To opowieść o tym, że każdy nosi na swoich barkach poczucie winy, spowodowane decyzjami, które podjęliśmy z przyszłości. Mamy prawo się zagubić, ponieważ jesteśmy ludźmi, jednak wyjście z labiryntu może nas kosztować bardzo wiele. Droga nie zawsze jest równa i prosta, zazwyczaj wiedzie nas krętą ścieżką pod górę i choć jest trudna, to musimy się z nią zmierzyć, jeśli chcemy dotrzeć na szczyt. Looking for Alaska to bardzo dobra powieść, skierowana głównie do nastolatków, którzy dzięki niej może lepiej zrozumieją pewne aspekty dorastania, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby i osoby trochę starsze się z nią zapoznały i przypomniały sobie, jak to jest być młodym i zagubionym. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Megaksiążki.pl


Zobacz więcej >

Nie poddawaj się!


Simon Snow rozpoczyna właśnie swój ostatni rok nauki w Szkole Czarodziejów w Watford. Nadal jednak nie rozumie, dlaczego jest uważany za najpotężniejszego czarodzieja, skoro wszystko, czego się dotknie, zmienia się w katastrofę. Wkrótce w Świecie Magów zaczyna wrzeć, Simon traci dziewczynę, a na domiar złego jego współlokator, a zarazem wróg zdaje się coś knuć. Czy uda mu się ocalić świat, skoro nie potrafi zapanować nawet nad własną mocą?

Rainbow Rowell jest już autorką dobrze znaną w Polsce, która zdobyła w naszym kraju rzeszę wiernych fanów. Są jednak osoby, które nie przepadają za tą autorką. Ja plasuję się gdzieś pomiędzy, ponieważ nie jestem wielką fanką twórczości Rainbow Rowell, jej książki są według mnie przeciętne i nie wyróżniają się niczym szczególnym. Na ten moment ukazało się u nas już pięć jej powieści. Miałam okazję przeczytać Linię serc, a także Załącznik i zarówno jedna, jak i druga książka nie wywarły na mnie ogromnego wrażenia. Nie były też jednak wyjątkowo słabe. Do tej pory nie przeczytałam niestety jeszcze Fangirl, która jest zdecydowanie najpopularniejszą książką tej autorki. Nie poddawaj się nawiązuje właśnie do historii Cat, która napisała fanfiction na podstawie swojej ulubionej serii o czarodziejach.

Pióro Rowell jest jak zawsze lekkie i proste, a akcja prowadzona jest bardzo swobodnie. Niestety zawiodłam się na kreacji Simona, który jest głównym bohaterem powieści. Jest on raczej komiczną postacią, jednak przedstawioną bez polotu, zapewne miał nas rozbawić, jednak nie zawsze mu się to udawało. Pozostałe postacie występujące w tej książce również nie wywarły na mnie wielkiego wrażenia, a jedynym bohaterem, którego polubiłam, jest Baz – całkowite przeciwieństwo Simona i jego skryta sympatia. Można się więc łatwo domyślić, że w książce pojawia się wątek homoseksualny, który oczywiście nie każdemu musi przypaść do gustu.

Nie poddawaj się dzieli się na cztery księgi. Każda kolejna jest na pewno lepsza od poprzedniej, jednak dopiero na ostatnich stu pięćdziesięciu stronach akcja poszła do przodu na tyle, że książce udało się na dłużej przykuć moją uwagę. Pierwsza połowa nie była szczególnie interesująca, a momentami nawet mnie nudziła. Miałam ochotę odłożyć tę powieść na bok, jednak jak podpowiadał mi tytuł, nie poddałam się i dobrnęłam do końca. Zakończenie oczywiście mnie nie zaskoczyło, było słodkie i urocze, tak jak ma w zwyczaju kończyć swoje książki Rowell.

Nie poddawaj się jest książką przeciętną i momentami męczącą. Niestety Rainbow Rowell po raz kolejny nie udało się przekonać mnie do swojej twórczości, jednak ostatnią nadzieję pokładam w Fangirl, po którą na pewno kiedyś sięgnę. Nie spodziewajcie się po tej książce czegoś wyjątkowego, a na pewno oszczędzicie sobie rozczarowania. To nieskomplikowana i łatwa w odbiorze historia, która na pewno spodoba się fanom autorki, jednak pozostałym czytelnikom już niekoniecznie może przypaść do gustu.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu HaprerCollins Polska
Zobacz więcej >

Nigdy nie będziesz w stanie się odnaleźć, jeśli zatracisz się w kimś innym


Wszystko zaczęło się 9 listopada. Tego dnia marzenia Fallon przepadły. Tego dnia Ben doświadczył straty. Ta data połączyła ich ze sobą, jednak był to także dzień, w którym postanowili spotykać się raz w roku przez kolejne pięć lat. Choć ich życie dalej toczyło się swoim rytmem, to jednak obydwoje żyli dla chwili, dla każdego kolejnego 9 listopada, którego mieli się ponownie zobaczyć. Fallon stała się dla Bena muzą, która zachęciła go do napisania książki, natomiast on został jej ratunkiem, jedyną osobą, która potrafiła spojrzeć głębiej niż inni. Relacja, która zaczęła się dość dziwacznie, szybko przerodziła się w coś większego, co było zrozumiałe wyłącznie dla nich. Kiedy jednak fikcja literacka zaczęła się mieszać z realnym życiem, ich uczucie stanęło w obliczu zagrożenia.

Colleen Hoover jest jedną z moich ulubionych autorek romansów, jeśli nie ulubioną. Jej książki zawsze potrafią wzbudzić we mnie całą gamę emocji, a także uczuć i na długo po zakończeniu nadal pozostają w moich myślach. Z tego powodu z niecierpliwością czekałam na wydanie w Polsce jej kolejnej powieści, po której oczekiwałam czegoś wielkiego. Okazało się jednak, że November 9 ma do zaoferowanie o wiele więcej.

Colleen Hoover nie pisze zwykłych romansów i również ta książka do przeciętnych nie należy. To historia dwójki osób, których połączył zarówno los, jak i przypadek. Na kartach powieści toczą się dwie historie, które ściśle się ze sobą wiążą. Jedna z nich to ta, w której śledzimy prawdziwe życie bohaterów, natomiast drugą przedstawia nam w swojej książce Ben. Obie opowieści wydają się niemal identyczne, do momentu aż okazuje się, że wcale takie nie są. Prawda może wyzwolić, jednak może także wszystko zrujnować, jak jest w przypadku Bena i Fallon.

November 9 ma ponad trzysta stron, które przeczytałam zdecydowanie za szybko. Kiedy już zaczęłam lekturę, po prostu przepadłam i nie mogłam się od niej oderwać. Zatraciłam się w historii głównych bohaterów i całkowicie straciłam poczucie czasu. Ta powieść wzbudziła we mnie emocje i uczucia, których się po sobie nie spodziewałam. W niektórych momentach wybuchałam śmiechem, w innych natomiast ogarniała mnie frustracja i złość. Smutek i przygnębienie pojawiały się równie często, co radość i wzruszenie.  

Colleen Hoover ma niezwykły talent do kreowania niesamowitych, do bólu prawdziwych bohaterów, przez co mamy wrażenie, że mogliby po prostu wyjść z kart książki i pojawić się tuż obok. Jej niezwykły styl sprawia, że każdą napisaną przez nią książkę czuję całą sobą. Każde słowo ma znaczenie, nic nie jest wynikiem przypadku. Raz za razem Colleen Hoover udowadnia, że może złamać moje serce, by za chwilę złożyć je w całość, aby rozpadło się po raz kolejny.  

November 9 to niesamowicie piękna i chwytająca za serce powieść, która jest kolejnym dowodem geniuszu Colleen Hoover. To historia o błędach, o kłamstwie, a także o porażkach, po których trzeba się podnieść i iść dalej. Nie pozostaje mi nic innego jak gorąco zachęcić was do sięgnięcia po tę historię, choć ostrzegam, November 9 wbije się głęboko w wasze serca i nie da o sobie zapomnieć. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
Zobacz więcej >

Odległość sprawia, że oddalasz się od kogoś, albo uświadamia ci, jak bardzo go potrzebujesz


Od pamiętnych wakacji w Santa Monica minęły dwa lata. Eden po skończeniu szkoły wyjeżdża na wakacje do Nowego Jorku, aby spędzić je razem z Tylerem, którego nie widziała od roku. Dla dobra wszystkich przybrane rodzeństwo próbowało zapomnieć o uczuciu, które narodziło się między nimi dwa lata temu. Kiedy jednak ponownie się spotykają, wszystko odżywa na nowo, a oni nie potrafią udawać. Z dala od bliskich, sami w wielkim mieście zaczynają uświadamiać sobie siłę łączącej ich relacji.

Pierwszy tom serii Dimily, czyli Czy wspominałam, że Cię kocham? nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia, spodobała mi się, ale nie jakoś szczególnie. Była to dla mnie dość schematyczna historia, jednak nigdy nie wcześniej nie miałam okazji czytać książki, która porusza wątek miłości pomiędzy przybranym rodzeństwem, dlatego byłam bardzo ciekawa, jak potoczą się dalsze losy Eden i Tylera i z chęcią sięgnęłam po Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?.

Na początku myślałam, że wydarzenia w tym tomie będą opisywane przez Tylera. Miałam taką nadzieję po poznaniu tytułu, jednak niestety w tym tomie narratorką nadal pozostaje Eden, która, choć irytowała mnie czasami w pierwszym tomie, to jednak dało się ją znieść. W kontynuacji sprawa przedstawia się natomiast całkiem inaczej, ponieważ choć akcja książki rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach z pierwszego tomu, to jednak główna bohaterka nie zachowuje się bardziej dojrzale niż poprzednio.

Ogromną przemianę od początku tej historii przeszedł jednak Tyler. W tej części nie był już wiecznie niezadowolonym i zbuntowanym nastolatkiem, który ranił wszystkich wokoło ze względu na krzywdę, której doznał w dzieciństwie. Bardzo dojrzał i widać wyraźnie jak wielki zmiany zaszły w nim przez dwa lata. Eden również się zmieniła, jednak jej zmiana nie jest według mnie szczególnie wielka, ani nie wyszła jej ona na dobre. Jej zachowanie niesamowicie mnie denerwowało, ponieważ w tym tomie dziewczyna była rozdarta pomiędzy swoim chłopakiem, który bardzo ją kochał, a przybranym bratem, do którego jej uczucia nie osłabły. Choć Eden chciała jak najlepiej dla siebie i innych, to jednak cały czas podejmowała decyzje, które raniły jej najbliższych. Była też niesamowicie zazdrosna o swojego przybranego brat, choć nie miała ku temu żadnych podstaw.


O ile sam wątek miłości pomiędzy przybranym rodzeństwem, z którym zetknęłam się po raz pierwszy w tej serii, był dla mnie nowością, to jednak wydarzenia okazały się schematyczne zarówno w pierwszym, jak i drugim tomie. W Czy wspominałam, że Cię kocham? dało się odczuć jednak jakieś napięcie, a akcja toczyła się do przodu, natomiast w kontynuacji były momenty, podczas których byłam bardzo znudzona i miałam po prostu odłożyć tę książkę na bok. Denerwowały mnie decyzje podejmowane przez głównych bohaterów, a ich zachowanie po prostu mnie męczyło. Zakończenie również nie było dla mnie wielkim zaskoczeniem, ponieważ już wcześniej przewidywałam, że autorka może się posunąć do takiego zabiegu, aby czytelnik zdecydował się sięgnąć po kolejną część.

Drugi tom serii Dimily to lekka i łatwa w odbiorze historia, która jednak nie wnosi niczego nowego do literatury Young Adult. To niewymagająca skupienia lektura, która nie zachwyca, ale pozwala zabić czas. Autorka posługuje się prostym i zrozumiałym językiem, a książkę czyta się mimo wszystko bardzo szybko. Kontynuacja Czy wspominałam, że Cię kocham? jest jednak według mnie gorsza od pierwszego tomu. Nie potrafiłam się na początku kompletnie w nią wbić i zanim mi się to udało, minęło trochę czasu. Mimo że Czy wspominałem, że Cię potrzebuję? spodobał mi się mniej niż pierwszy tom, to na pewno sięgnę po trzeci, który mam nadzieję, okaże się lepszy od drugiego, a losy Eden i Tylera doczekają się przyzwoitego zakończenia. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria
Zobacz więcej >

Czasem nasz świat zmienia się w ułamku sekundy


Maddy od lat nie opuszcza domu. Uczy się przez internet, nie ma przyjaciół, a jedynymi bliskimi jej osobami jest jej mama, a także pielęgniarka Carla. Powodem tego jest alergia dziewczyny, która jest uczulona praktycznie na wszystko. Dlatego przebywa w sterylnych i bezpiecznych ścianach swojego domu, skupia się na zabijaniu wolnego czasu za pomocą książek i filmów, które w niewielkim stopniu ukazują jej prawdziwe życie. Codzienna rutyna Madeline zostaje zachwiana pewnego dnia, kiedy do domu obok wprowadza się nowa rodzina. Pojawia się Olly, który jest przystojny, niesamowity i wyjątkowy. Olly, który wzbudza w Maddy uczucia, których nigdy nie doświadczyła i budzi w niej tęsknotę za prawdziwym życiem. Sprawia, że pragnie czegoś więcej. Tylko jest jeden mały szczegół, a mianowicie w wypadku Maddy to naprawdę może się skończyć tragedią. Czy ryzyko jest warte aż tak wysokiej ceny?

Do sięgnięcia po Ponad wszystko skłoniły mnie pozytywne opinie, ale po kilku powieściach o zdecydowanie cięższej tematyce miałam ochotę na coś lekkiego i przyjemnego, a tak właśnie opisywano powieść Nicoli Yoon, która jak się dowiedziałam powstała przy współpracy z jej mężem, który stworzyły ilustracje zdobiące karty tej książki. Uważam, że przez to ta książka jest wyjątkowa, gdyż została stworzona wspólnymi siłami przez małżeństwo. Tekst przeplata się z drobnymi ilustracjami, bazgrołami, notatkami czy wiadomościami, które dodają jej autentyczności.

Bohaterowie wykreowani przez autorkę nie są banalni ani płascy. Madeline jest inteligentna, zazwyczaj łatwo ulega swojej mamie, ale potrafi się też postawić. Dzięki jej perspektywie mamy okazję spojrzeć na świat całkiem inaczej. Oglądamy i poznajemy go na nowo razem z bohaterką. Przeżywamy wszystko tak intensywnie, jak Madeline, która doświadcza najróżniejszych emocji i uczuć stawiając pierwsze kroki w świecie, który do tej pory był dla niej obcy.

Choć tematyka Ponad wszystko jest bardzo ciekawa, a Maddy wcale nie udaje zagubionej i trochę zlęknionej, gdyż poznaje rzeczy, które przez chorobę były dla niej nieosiągalne, a dla jej rówieśników całkiem naturalne, to mimo to fabuła jest bardzo przewidywalna. Już po przeczytaniu opisu podejrzewałam, jak rozwinie się akcja, a całą książka zakończy i jak się okazało, moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Nie przeszkadzało mi to jednak w czerpaniu przyjemności z lektury, natomiast relacja pomiędzy Maddy, a Ollym była tak słodka i rozczulająca, że czytało się o tym z uśmiechem na ustach.

Ponad wszystko to bardzo dobra młodzieżówka, lekka i łatwa w odbiorze, którą czyta się niesamowicie szybko. To opowieść o relacjach rodzinnych, o życiu, o stawianiu pierwszych kroków w nowej rzeczywistości. To historia podejmowaniu ryzyka i związanymi z nim konsekwencjami, ale także o marzeniach i ich sile, o miłości i wierze. Powieść Nicoli Yoon jest głęboka, skłania do refleksji, do zatrzymania się na chwilę i spojrzenia na otaczający nas świat. To całkiem nowe spojrzenia na dobrze znany gatunek, odświeżenie schematów, z których nadal można wyciągnąć coś nowego.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat

Zobacz więcej >

Masz nową wiadomość!



Lincoln O'Niell ma prawie trzydzieści lat, nadal mieszka z mamą, od wieków nie był na randce i z całego serca nie cierpi swojej pracy. Zgłaszając się na stanowisko administratora bezpieczeństwa danych, nie spodziewał się, że jego jedynym zajęciem będzie czytanie korespondencji współpracowników, przez co czuje się jakby naruszał ich prywatność. Natrafiając na e-maile Beth i Jennifer wie, że powinien wysłać im upomnienie, jednak zamiast tego coraz bardziej wciąga się w zabawne i pokręcone rozmowy przyjaciółek. Lincoln uświadamia sobie, że bardzo przywiązał się do pary nieznajomych, a w szczególności do Beth. Jest jednak zbyt nieśmiały, aby zrobić pierwszy krok, bo jak nawiązać znajomość z kobietą, nie wychodząc przy tym na dziwaka, który czytał jej prywatne wiadomości?

Z twórczością Rainbow Rowell miałam już okazję zapoznać się dzięki powieści Linia serc. Książka niestety nie wywarła na mnie tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałam, szczególnie po wielu pozytywnych opiniach, których się naczytałam. Była po prostu dobra, trochę pokręcona, momentami ciekawa innymi nudna, ale ostatecznie oceniłam pierwsze spotkanie z tą autorką, jako udane. Sięgając po Załącznik, nie robiłam sobie wielkich nadziei, że książka okaże się lepsza niż Linia serc i bardzo się z tego cieszę, ponieważ oszczędziłam sobie rozczarowania i zawodu.

Historia opowiedziana na kartach Załącznika składa się głównie z e-maili wymienianych między Beth, a Jennifer i urywków z życia Lincolna, które przeplatają się ze sobą. Nie jest to powieść z wartką akcją, która wciąga i od której nie można się oderwać. Momentami jest zabawna, innymi smutna, a ze względu, że skupia się na codziennym, zwyczajnym życiu może także wynudzić. Sporo w tej książce sytuacji przerysowanych, co jak zwróciłam już uwagę jest raczej normalne dla prozy Rowell. Sam pomysł na fabułę jest raczej nietypowy, do tego pojawiają się sceny przesłodzone, jak na mój gust, a także takie, które zostały oparte na zbiegu okoliczności.

Lincoln jest głównym bohaterem powieści, który nie do końca wie, co zrobić ze swoim życiem. Skończył studia i choć ma pracę, to jednak jej nie znosi, do tego od lat nie był na rance i nadal mieszka u mamy. Ciężko mu się usamodzielnić, jednak na kartach książki obserwujemy, jak Lincoln zaczyna stawiać pierwsze kroki we właściwym kierunku i chwyta własne życie we własne ręce. Jest dżentelmenem z krwi i kości, do tego jego nieśmiałość i niezdecydowanie, a także dziwne zachowanie w niektórych sytuacjach czyni go postacią zabawną i uroczą, która ma rozśmieszać czytelnika.

Załącznik to idealna powieść na zabicie nudy i miłe spędzenie jesiennego wieczoru, ale nic poza tym. Książkę czyta się szybko, treść jest lekka i łatwa w odbiorze, ale jednak nie udało mi się przywiązać do bohaterów, przez co miałam wrażenie, że tylko dryfuję po powierzchni tej powieści i nie mogę się w nią zagłębić. Polecam ją szczególnie fanom autorki, którzy nie powinni być zawiedzeni, a także osobom lubującym się w uroczych i romantycznych historiach. 



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu HaprerCollins Polska

Zobacz więcej >

Życie składa się z prób i błędów

Livie zawsze była bardziej stabilna niż jej starsza siostra Kacey. Poradziła sobie z tragiczną śmiercią rodziców desperacko uczepiona obietnicy, którą złożyła ojcu. Miała sprawić, aby był z niej dumny. Od siedmiu lat Livie daje z siebie wszystko, aby w końcu osiągnąć wytyczony cel. Dostała się na Princeton, czyli uczelnię, którą skończył jej ojciec z konkretnymi planami na przyszłość. Miała uczęszczać na zajęcia, dobrze się uczyć i w przyszłości zostać pediatrą. Nie planowała jednak upicia przez starszą siostrę na imprezie, sympatycznej i urzekającej współlokatorki, która uwielbia imprezować, a także rozterek miłosnych pod postacią dwóch przystojnych studentów. 

Pierwszy tom serii Dziesięć płytkich oddechów o tym samym tytule oczarował mnie i zachwycił. Opowiadał o Kacey, która próbowała poradzić sobie z traumatyczną przeszłością i nawiedzającymi ją wspomnieniami. Pokochałam tę książkę, a także jej bohaterów, dlatego postanowiłam zabrać się za kolejny tom tej serii, który jednak nie opowiada dalszych losów Kacey, a skupia się na jej młodszej siostrze Livie, którą mieliśmy już okazję poznać w Dziesięciu płytkich oddechach.

Akcja powieści toczy się trzy lata po wydarzeniach opisanych w pierwszym tomie. Livie nie jest już piętnastolatką, a młodą kobietą, która rozpoczyna studia. Poznaje na nich dwóch całkiem różnych chłopców. Pierwszym z nich jest Ashton – niezwykle przystojny kapitan osady wioślarskiej, który wzbudza w Livie uczucia, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyła. Do tego uosabia wszystkie cechy, które nie są pożądane przez nią u faceta. Poza tym jest jeszcze Connor – inteligentny, dobrze wychowany, który idealnie wpasowuje się w wyobrażenia Livie o perfekcyjnym mężczyźnie.

Livie bardzo różni się od swojej starszej siostry. Nie ma jej charakteru i stanowczości. Jest nieśmiała i wstydliwa, choć w niektórych momentach powieści daje się ponieść i postępuje w bardzo śmiały sposób. Ma poczucie humoru, które objawia się szczególnie podczas jej słownych potyczek z Ashtonem. Trójkąt miłosny, który pojawia się na kartach tej książki, jest według mnie jej największym minusem. Ten motyw już dawno przestał zaskakiwać i również w Jednym małym kłamstwie nie pokazuje niczego nowego. Mimo to relacja pomiędzy Livie, a Ashtonem i Connorem nie irytowała mnie, a po części pozwoliła zrozumieć położenie dziewczyny. K.A. Tucker już w Dziesięciu płytkich oddechach pokazała, że potrafi wykorzystać znane motywy na swoją korzyść i tak samo robi również w kontynuacji, którą pomimo znanych schematów i przewidywalnej fabuły czyta się bardzo szybko i przyjemnie.

Oczywiście z dwóch adoratorów Livie o wiele bardziej polubiłam Ashtona. Kapitan osady wioślarskiej jest zabawny i pewny siebie, choć to tak naprawdę maska, pod którą pragnie ukryć swoje blizny. Jest bardzo tajemniczy i nawet jego przyjaciele nie wiedzą za wiele o jego przeszłości. Dopiero Livie udaje się przebić przez jego pancerz i odkryć tajemnicę, której tak starannie strzegł. Connor natomiast był po prostu ideałem ze świetlaną przyszłością, którego po prostu nie polubiłam. Uczucia Livie od początku były jasne, jednak dziewczyna cały czas toczyła wewnętrzną walkę. Z jednej strony pragnęła być doskonała, chciała sprostać oczekiwaniom ojca, z drugiej jednak chciała być sobą i wybrać tak, jak podpowiada jej serce.

Największym atutem tej powieści jest jej humor, ponieważ, choć książka porusza ważne i dość ciężkie tematy, to wydaje się lekka i łatwa w odbiorze właśnie dzięki temu, że potrafi rozśmieszyć czytelnika. Przekomarzania Livie i Ashtona są bardzo zabawne, ale według mnie najwięcej zabawnych sytuacji wydarzyło się za sprawą doktora Staynera, którego mogliśmy poznać już w poprzednim tomie, a który w Jednym małym kłamstwie został terapeutą Livie i starał się zachęcić ją do zabawy i otwierania się na ludzi. 

Jedno małe kłamstwo to historia o błędach, o tym, że nikt nie jest doskonały i każdy ma wady. To książka o odwadze i wolności, o mierzeniu się z własnymi problemami. Choć drugi tom nie jest tak dobry, jak Dziesięć płytkich oddechów, to nadal bardzo dobra historia z gatunku New Adult, z której można bardzo wiele wynieść. K.A. Tucker stworzyła historię, która, choć nie zaskakuje, to wzrusza w odpowiednich momentach i chwyta za serce, a po zakończeniu jeszcze długo pozostaje w naszych myślach. 


 Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni internetowej Gandalf.com.pl
Zobacz więcej >
Zatracona w słowach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka