Stwórz legendę!


Gus jest w rozsypce. Jego kariera nabiera tempa, mężczyzna wyrusza w kolejną trasę koncertową, jednak nie potrafi się tym cieszyć. Stracił część siebie. Połowa jego serca, jego humoru i kreatywności odeszła. Nie ma pojęcia jak normalnie funkcjonować. Czy uda mu się stanąć na nogi?

Promyczka przeczytałam ponad rok temu i choć niedługo potem została wydana kontynuacja, to jednak nie mogłam zebrać się i sięgnąć po Gusa. Słyszałam, że jest o wiele lepszy od pierwszego tomu, bardziej emocjonujący i wzruszający, jednak mimo to odkładałam w czasie lekturę tej książki. Pierwszy tom wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, choć był po części zlepkiem wielu innych powieści z gatunku New Adult, to jednak trudno było nie pokochać bohaterów wykreowanych przez Kim Holden, a w szczególności Gusa, który był najlepszym przyjacielem Kate i wielokrotnie pojawiał się na kartach książki. W rezultacie doczekał się również swojej powieści, bo kontynuacja, jak można się domyślić po tytule, jest skupiona na jego postaci.

Akcja książki rozpoczyna się praktycznie od razu po zakończeniu Promyczka. Nie mamy tu wielkiego przeskoku w czasie, dlatego już na początku spotykamy Gusa pogrążonego w żalu, tak różnego od tego radosnego i roześmianego mężczyzny, którego mieliśmy okazję poznać w Promyczku. W książce została zastosowana narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu mamy możliwość zajrzenia do głowy głównego bohaterka. Widzimy jego smutek, złość, rozpacz, wszystkie uczucia, których doświadcza, co sprawia, że równie mocno przeżywamy sytuację, w której się znalazł.

Książki Kim Holden nie są odkrywcze ani oryginalne, jednak mają coś w sobie, że z trudem można się od nich oderwać. Autorka w swoich powieściach porusza trudne tematy, takie jak choroba, utrata bliskiej osoby czy depresja, jednak przedstawia to przystępny, a zarazem bardzo angażujący sposób. Gus nie jest krótką powieścią, ale jego przeczytanie zajęło mi zaledwie kilka godzin. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorka steruje czasem w swojej książce. Na początku każdego rozdziału mamy podaną datę, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że historia rozwija się za szybko, gdyż poszczególne wydarzenia dzieli określony odstęp czasu. Dzięki temu, Kim Holden może omijać niepotrzebne sceny i skupić się na tych, które mają znaczenie. Nie zabrakło w tej historii również kilku retrospekcji oraz wspomnieć z przeszłości Gusa, które wypełniły luki i w piękny sposób domknęły tę historię. 

Gus jest dobrą i emocjonującą kontynuacją świetnego Promyczka, jednak mi zdecydowanie bardziej do gustu przypadł pierwszy tom. Historia opowiedziana w Gusie nie różni się zbytnio od wielu innych romansów, które miałam okazję czytać. W Promyczku elementem, który wyróżniał ją na tle innych była zdecydowanie postać Kate, jednak w Gusie czegoś takiego mi zabrakło. Jest to piękna, chwytająca czytelnika za serce powieść o stracie i zagubieniu, ale przed nią było już wiele innych książek tego typu i na pewno równie wiele pojawi się jeszcze po niej.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Internetowej Gandalf.com.pl

Zobacz więcej >

Mój początek wszystkiego


Czasami jedna noc może zmienić wszystko. Zrządzenie losu sprawia, że zmienisz swój stosunek do świata. Tak było ze mną. Jedna noc i jedna nieprzemyślana decyzja, która całkowicie odmieniła moje życie. Zaczyna się interesująco? Przygotujcie się, bo to dopiero początek i to pod wieloma względami.

Nie od zawsze budowałam zamki z książek. Dawniej do wznoszenia moich zachwycających budowli używałam pisaku, dekorowałam je kamykami i muszelkami, a nie zakładkami, jak to ma miejsce dzisiaj. Byłam dzieckiem, w którego wnętrzu mieściły się pokłady energii, nieustannie pchającej mnie na dwór bez względu czy świeciło słońce, padał deszcz lub temperatura spadała poniżej zera. Książki, choć kiedy je poznałam i opanowałam sztukę czytania oraz pisania wzbudzały moje zainteresowanie, to jednak bardzo szybko je utraciły na rzecz innych aktywności i umiejętności, które jak najszybciej chciałam poznać.

Nie ciągnęło mnie do czytania, a lektury szkolne skutecznie mnie do tego zniechęcały. Nie chodzi o to, że wszystkie lektury mi się nie podobały, bo znalazło się kilka, przy których bardzo dobrze się bawiłam, ale problem był w tym, że był to przymus, a to od razu odpychało mnie od czytania. W dodatku, kiedy trafiła się wyjątkowo nudna, jak na mój gust powieść po prostu się przy niej męczyłam albo zasypiałam. Zdecydowanie wolałam oglądać filmy, czasami nawet po kilkanaście razy, jeśli jakiś szczególnie mi się spodobał. Muszę jednak wspomnieć, że od dziecka uwielbiałam fantastyczne historie i to nadal się nie zmieniło. Nowe światy i magia zawsze mnie przyciągały, nieważne ile miałam lat. Pragnęłam oderwać się od rzeczywistości i skrycie marzyłam, że wkrótce nastąpi jakiś przełom w postaci listu z Hogwartu lub przejścia do Narnii w mojej szafie. Przełom nastąpił, ale całkiem inny niż się spodziewałam.

W grudniu tego roku miną już cztery lata od tej pamiętnej soboty, kiedy skończył się jeden etap mojego życia, a zaczął następny. Wróciłam późno do domu, byłam zmęczona, ale jednocześnie nie miałam ochoty na sen. W takim wypadku zawsze wytaczałam ciężką artylerię, czyli film. Przetrząsałam internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego i ostatecznie mój wybór padł na Dary Anioła. Miasto Kości. Słyszałam już wcześniej o tym filmie, pamiętałam, jak kilka miesięcy wcześniej wszedł na ekrany kin i że moja przyjaciółka trochę o nim opowiadała. Wtedy nie zwróciłam na niego większej uwagi, ale tytuł zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam spróbować. Obejrzałam. Wiem, że film został skrytykowany i to dość mocno, ale mi się podobał i to bardzo. Kiedy dobiegł już końca, zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu informacji na temat kontynuacji. Nie natknęłam się na taką, ale za to dowiedziałam się, że film powstał na podstawie serii książek, których pięć tomów ukazało się już w Polsce. Jak można się domyślić, jak najszybciej zaopatrzyłam się w pierwszy i zaczęłam czytać.

Przeczytałam pięć tomów Darów Anioła w zaledwie kilka dni. Nie pamiętam, jak siedziałam na lekcjach, ponieważ chciałam jak najszybciej wrócić do domu i skupić się na lekturze. To był dla mnie szok, a jeszcze większy nastąpił, kiedy skończyłam piąty tom, a następny jeszcze nie ukazał się w Polsce. Nie nadawałam się do niczego, ciągle rozmyślałam, jak przetrwać kilka miesięcy do ukazania się finałowego tomu i w końcu znalazłam rozwiązanie. Zaczęłam czytać Diabelskie maszyny, które zostały już w całości wydane w Polsce. To było błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie, ponieważ Mechaniczna Księżniczka złamała mi serce i zapewniła największego jak do tej pory czytelniczego kaca w moim życiu.  

Po przeczytaniu ośmiu książek zorientowałam się, że to mi nie wystarczy. Zrozumiałam, że chcę czytać dalej i więcej, pragnę poznawać nowych bohaterów, nowe historie, w których się zakocham i które mnie oczarują. Nie sądziłam, że moje nastawienie może tak szybko ulec zmianie i dlatego zawsze będę wdzięczna Cassandrze Clare za jej książki, które wciągnęły mnie do świata literatury. To był dla mnie początek, który doprowadził nie tylko do zmiany mojego życia, ale także mojej osoby. Choć dla mnie zmieniło się wszystko, to jednak dla moich rówieśników świat pozostał taki sam. Nadal nie czytali i nie mieli takiego zamiaru, dlatego właśnie założyłam bloga, aby dzielić się swoimi przemyśleniami i móc rozmawiać o książkach, z ludźmi, dla których znaczą one równie wiele co dla mnie.

Tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z czytaniem. Nie wyobrażam sobie teraz mojego życia bez książek, nie mam pojęcia, jak spędzałabym wolny czas, gdybym kilka lat temu całkiem przypadkiem nie wciągnęła się w czytanie. Na pewno każdy z Was ma za sobą swoją historię, wydarzenie, które w jakiś sposób odmieniło wasze życie. Zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania jest aż 100 egzemplarzy powieści Początek wszystkiego, której recenzja ukazała się już na blogu. Do podzielenia się swoim "początkiem wszystkiego" nominuję również: Karolinę z bloga In Bookland, Dominikę z bloga Zaczytana w fantastyce i nie tylko... oraz Izę z bloga Heavy Books. Dokładny regulamin tutaj. Przepraszam, że wstawiam tak późno i praktycznie nie ma już czasu, ale może komuś jeszcze uda się zmieścić w terminie, a jeśli nie, to i tak zachęcam do opisania swojej historii. 
Zobacz więcej >

Jeżeli tego słuchasz, to jest już za późno

Clay Jensen pewnego dnia po powrocie ze szkoły natrafia pod swoimi drzwiami na tajemniczą paczkę. Znajduje w niej trzynaście kaset, a na nich powody, które doprowadziły do śmierci jego koleżanki z klasy — Hannah. Dziewczyna popełniła samobójstwo, jednak przed śmiercią postanowiła podzielić się swoją historią z osobami, które wpłynęły na jej decyzję. Clay jest jednym z powodów i dowie się dlaczego, dopiero kiedy wysłucha nagrania. Chłopak przez całą noc wędruje po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Doświadcza jej bólu, a jednocześnie poznaje okrutną prawdę o otaczających go ludziach. Jednocześnie dociera do niego, że nie da się cofnąć przeszłości, a Hannah, choć żywa na nagraniach nigdy już nie wróci.

Na temat Trzynastu powodów słyszałam bardzo wiele jeszcze na długo przed pojawieniem się informacji, że na podstawie książki powstanie serial. Niestety zawsze było mi z nią nie po drodze, dlatego dopiero teraz udało mi się po nią sięgnąć. Chciałam zapoznać się z powieścią przed rozpoczęciem oglądania serialu i na szczęście mi się to udało. Wychwyciłam kilka różnic pomiędzy książką a jej ekranizacją, jednak w tej recenzji skupię się na książkę, która wywołała we mnie mieszane uczucia.

Pomysł na powieść jest moim zdaniem bardzo oryginalny. Każde nagranie dotyczy kolejnej osoby z listy Hannah, porusza również inny ważny problem. Autor w swojej powieści pod lupę wziął tematy takie jak: depresja, odrzucenie przez rówieśników, plotki, molestowanie, czy gwałt. Książka ze względu na swoją tematykę nie powinna należeć do prostych oraz lekkich lektur i rzeczywiście nie należy, a przynajmniej nie do końca. Powieść Jaya Ashera jest jak na moje standardy bardzo krótka, gdyż ma mniej niż trzysta stron. Cała historia rozgrywa się w ciągu zaledwie jednej nocy. Clay nie jest jedynym narratorem tej powieści, gdyż kiedy słucha taśm, przekazuje pałeczkę Hannah. Dziewczyna snuje swoją opowieść, a Clay słucha i wędruje. Odwiedza miejsca, które są kluczowe dla historii i stara się postawić na miejscu swojej przyjaciółki. Chce ją zrozumieć, dowiedzieć się, co zrobił, co zrobili inni, że pchnęło ją to do odebrania sobie życia.

Hannah miała trzynaście powodów, jednak według mnie nie były one aż tak poważne, aby popełnić samobójstwo. Szczególnie że dziewczyna nie była sama, miała rodziców, którzy na pewno by jej pomogli, gdyby tylko im na to pozwoliła. Rozumiem, że to wszystko, czego doświadczyła, nałożyło się na siebie, jej problemy się nawarstwiły, a ona nie widziała innego rozwiązania, ale nadal nie była sama. Gdyby Hannah tylko zdobyła się na odwagę i zdecydowała się z kimś porozmawiać, ta historia mogłaby mieć całkiem inne zakończenie. Uważam jednak, że był to celowy zabieg autora, który chciał pokazać, że drobny gest, nawet próba podjęcia działania mogłaby zapobiec tragedii. W tej powieści można dopatrzyć się bardzo wielu sytuacji, które tylko mały krok dzielił od szczęśliwego zakończenia.

Trzynaście powodów to ciekawa i interesująca powieść, poruszająca ważny i aktualny temat, która skłania czytelnika do refleksji. Według mnie to lektura warta uwagi, która zwraca uwagę na codzienne sytuacje i małe gesty, które mogą bardzo wiele zmienić. To historia o samotności, wykluczeniu, o tym, jak łatwo można skrzywdzić drugiego człowieka, ale także jak proste jest wyciągnięcie pomocnej dłoni, które może zapobiec tragedii.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis
Zobacz więcej >

Potwory w świetle dnia


Verity jest miastem, w którym najgorsze czyny rodzą prawdziwe potwory. Kate Harker pragnie być tak nieustraszona i bezwzględna jak jej ojciec, który rządzi północną stroną miasta, kontroluje potwory i każe ludziom płacić za swoją ochronę. August Flynn marzy jedynie o tym, aby być prawdziwym człowiekiem, tak dobrym i współczującym, jak jego ojciec, który broni niewinnych i sprawuje władzę nad południową stroną Verity. Sam jest jednak potworem, takim, który swoją muzyką może kraść dusze. August dostaje zadanie, aby obserwować Kate, która została właśnie wyrzucona ze swojej szóstej szkoły z internatem i wróciła do miasta, by tam dokończyć naukę. Stoją po przeciwnych stronach barykady, ale kiedy ktoś usilnie stara się ich zamordować, muszą połączyć siły i uciekać, aby ratować życia.

Victorii Schwab, która pisze również pod pseudonimem V. E. Schwab na swoim koncie ma już kilka powieści z gatunku fantasy. Jej najpopularniejsza książka, czyli Mroczniejszy odcień magii została w zeszłym roku wydana w naszym kraju. Nikt jednak na razie nie zainteresował się pierwszym tomem jej dylogii, który nosi tytuł This Savage Song. Na temat tej książki słyszałam i czytałam bardzo wiele, przyciągnął mnie do niej nie tylko opis, ale i pozytywne opinie, a po pierwszym tomie Odcieni magii miałam ochotę bliżej zapoznać się z twórczością tej autorki, dlatego zdecydowałam się sięgnąć po This Savage Song w oryginale.

Victoria Schwab już w Mroczniejszym odcieniu magii pokazała, że umie kreować niesamowite i fantastyczne światy, a w This Savage Song tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Stworzyła nową rzeczywistość, w której ludzie żyją w strachu, a potwory nie kryją się pod łóżkami, ale grasują po ulicach. Akcja książki rozgrywa się w Verity, ale to nie znaczy, że to jedno miasto jest centrum całego wszechświata i nic poza nim nie ma. Są również inne miasta i choć nie dowiedzieliśmy się do nich za wiele, to jednak uważam, że był to celowy zabieg autorki, która odsłoni przed nami więcej w kolejnym tomie. Victoria Schwab zadbała o każdy szczegół swojej powieści, wszystkie wątki splatają się ze sobą, tworząc spójną i sensowną całość. Nic nie dzieje się tutaj bez przyczyny, a bohaterowie podpierają swoje działania konkretnymi motywami.

Autorka w swojej książce stworzyła całą galerię bohaterów, jednak to Kate i August są w tej historii najważniejsi. Kate jest niezwykle silną postacią, pragnie udowodnić swojemu ojcu, który przez wiele lat ją odpychał, że jest go warta, że jest w stanie sprostać presji i udźwignąć brzemię, które spoczywa na nazwisku Harker. Z tego powodu odrzuciła dawną siebie, którą uznała za słabą i ze wszystkich sił starała się stać bezwzględna i zabójczą dziewczyną, godną miana dziedziczki swojego ojca. August natomiast jest potworem i to tym należącym do najrzadziej spotkanego gatunku. Przy pomocy swoich skrzypiec jest w stanie kraść dusze grzeszników, by następnie się nimi żywić. Chłopak nie chce tego robić, nie chce być potworem, pragnie być zwykłym człowiekiem, choć to oczywiście niemożliwe. Nie użala się nad sobą, ale jednocześnie nie chce się pogodzić z tym, kim jest. Pragnie być dobry i ogromnie cierpi, kiedy musi odebrać życie. Żadne z nich nie jest do końca dobre ani do końca złe. Kate nie zrobiła niczego złego, choć sama pcha siebie w ślady swojego ojca, za to August jest potworem, kreaturą, jednak pragnie być dobry.

Jeszcze zanim sięgnęłam po książkę, słyszałam, że nie ma w niej wątku romantycznego i to również był jeden z elementów, który mnie do niej przyciągnął. Teraz praktycznie w każdej książce z gatunku Young Adult romans odgrywa mniejszą, bądź większą rolę. Kiedy mamy parę głównych bohaterów możemy się spodziewać, że prędzej czy później się w sobie zakochają. Nic takiego nie dzieje się jednak w This Savage Song. Nadal trudno mi dokładnie określić, co tak naprawdę połączyło Kate i Augusta. Ich relacja rozwinęła się bardzo szybko, ze względu na okoliczności, w jakich się znaleźli. Na początku byli dla siebie tylko środkiem do udowodnienia rodzinom swojej wartości. Kilka krótkich momentów pokazało jednak, jak dobrze się rozumieją i jak wiele ich łączy. Mieli wiele sposobności, aby się rozdzielić, ale zostali i walczyli o siebie nawzajem, stali się w pewnym sensie przyjaciółmi i drużyną.

This Savage Song jest powieścią unikatową, nieco mroczną, która wciąga czytelnika od samego początku. Victoria Schwab stworzyła kolejną genialną historię, którą jestem całkowicie oczarowana. Zakończenie tej powieści jest zaskakujące i niesamowicie emocjonujące. Łapie czytelnika za serce i trzyma w napięciu do samego końca. Otwiera jednocześnie wiele możliwości na kontynuację, której już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że ktoś zainteresuje się wydaniem tej książki w Polsce, ale jeżeli czujecie się na siłach, to gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę, pełną potworów i nietuzinkowych bohaterów, ponieważ mogę zagwarantować, że nie będziecie zawiedzeni.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Megaksiażki.pl

Zobacz więcej >

To nie ich wina

W świecie objętym Kryzysem gruntownie przewartościowano system wymierzania kar. Do Kolca, czyli rodzinnego więzienia trafiają osoby z wyrokiem dziedzicznym. Ciąży na nich kara za niewykrytą wcześniej zbrodnię, którą popełnili ich przodkowie. Ant oraz jej młodszy brat Mattie trafili tam razem z przybranymi rodzicami. Odsiadują wyrok za przestępstwo, które popełnili i którego nie odpokutowali ich rodzice. Pewnego dnia w Kolcu wybucha bunt. Ant nie waha się skorzystać z tej okazji, w dodatku pragnie udowodnić, że nie można zamykać ludzi za zbrodnie, których nie popełnili.

Przed sięgnięciem po Winę Simona Mayo nie słyszałam o niej za wiele. Pojawiło się kilka recenzji, ale to wszystko. Nie powstał szał na tę książkę jak w przypadku wielu innych powieści z tego gatunku. Wielka szkoda, ponieważ Wina to z pewnością pozycja warta uwagi. Autor zadbał o to, aby czytelnik nie miał czasu na nudę. Okazuje się, że w dystopijnym świecie może wydarzyć się wszystko, a Simon Mayo nie marnuje czasu i od razu rzuca czytelnika w wir akcji. Przenosi nas do świata, gdzie można zginąć za coś, czego się nie zrobiło. Przemyślana i dobrze skonstruowana fabuła sprawia, że trudno jest jednoznacznie przewidzieć, jak zakończy się cała ta historia.

Simon Mayo stworzył galerię ciekawych i interesujących postaci, z których każdy ma swoją własną osobowość i wyróżnia się na tle innych. Na pierwszy plan wysuwa się jednak Ant razem ze swoim młodszym bratem. Ich postacie przez całą książkę ewoluują i rozwijają się głównie pod wpływem ciekawych dialogów, celów, które ich napędzają oraz towarzyszących im uczuciom. Bohaterowie nie są nieomylni, popełniają błędy, jednak potrafią wyciągnąć z nich wnioski i starają się na nich uczyć. Nie są wyidealizowani, przez co łatwo można się z nimi identyfikować.

Pomysł na książkę jest według mnie bardzo ciekawy i z pewnością daje do myślenia, jednak bardzo żałuję, że autor nie poświęcił więcej czasu na kreację otoczenia i panującego systemu. Zamiast tego swoją uwagę poświęcił przede wszystkim akcji i bohaterom. Nie jest to oczywiście minus, ale zabrakło mi tutaj więcej szczegółów, informacji o tym, jak dokładnie wygląda świat po Kryzysie, który wprowadził takie, a nie inne zmiany w sądownictwie i z pewnością również na innych płaszczyznach. Rzuca się w oczy brak bardziej rozbudowanych powiązań i relacji na temat tego, jak system wpływa na otoczenie. Dostajemy kilka szczątkowych informacji, jednak dla mnie to o wiele za mało.

Wina Simona Mayo to ciekawa jednotomowa młodzieżówka, która porusza ważny, choć dość oczywisty temat. Bardzo dobrze prezentuje na tle innych powieści dytopijnych, w których występuje bunt i walka z panującym systemem. Książka powinna przypaść do gustu fanom dystopii, ale także czytelnicy spragnieni dobrej rozrywki nie powinni czuć się rozczarowani po jej lekturze.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa
Zobacz więcej >

Razem możemy uciec z panoptykonu

Ezra Faulkner jest złotym chłopcem i gwiazdą swojej szkoły: kapitan drużyny tenisa, członek samorządu, przystojny, czarujący i dobrze wychowany. Nikt nie miał wątpliwości, że zostanie królem balu maturalnego. To było jednak przed jedną tragiczną w skutkach imprezą, po której wszystko się zmieniło. Jego marzenia o sportowej karierze zostały strzaskane razem z jego kolanem, kiedy potrącił go samochód i to tuż po tym, jak dowiedział się, że dziewczyna go zdradziła. Przyjaciele nie zdobyli się nawet na to, żeby odwiedzić go w szpitalu, wysłali tylko kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Ezra rozpoczyna klasę maturalną już nie jako najpopularniejszy chłopak w szkole, ale niepełnosprawny, który porusza się o lasce.

W szkole pojawia się nowa uczennica. Cassidy Thrope jest dziewczyną inną niż wszystkie, które Ezra miał do tej pory okazję poznać. Nieco szalona, inteligentna, z interesującym podejściu do życia, nie mówi za wiele o sobie, a jej przeszłość jest owiana tajemnicą. Żyje tak, jakby chwila miała trwać wiecznie. Ich spotkanie jest przypadkowe, ale zmieni życie obojga na wiele różnych sposobów. Cassidy wciąga Ezrę do swojego świata i pokazuje mu, że jedna tragedia nie definiuje całej przyszłości, a życie składa się z wielu nowych początków.

Do Początku wszystkiego przyciągnęła mnie przede wszystkim piękna okładka, ale i ciekawy opis, gdyż w końcu to nie chłopak, ale dziewczyna pokazuje temu drugiemu, jak podnieść się po tragedii i znaleźć sposób, aby zacząć żyć na nowo. Książkę czytałam najpierw w formie elektronicznej, dlatego byłam bardzo zdziwiona, kiedy po przyjściu papierowego egzemplarza okazało się, że jest ona bardzo cieniutka. Historia Ezry i Cassidy ma nieco ponad trzysta stron. Nie spodziewałam się, że ta książka aż tak mnie wciągnie i w rezultacie po kilku godzinach będę już po jej lekturze.

Cała historia zaczyna się bardzo ciekawie, a mianowicie od wspomnienia Ezry sprzed kilku lat, kiedy to jego ówczesnego najlepszego przyjaciela spotkała tragedia. Następnie autorka bardzo zręcznie przechodzi do wypadku, który odmienił życie chłopaka i zmusił go do zastanowienia się, kim tak naprawdę jest oraz kim chciałby zostać. Ezra poznaje Cassidy, kiedy jego życie jest w rozsypce. Chłopak chodzi o lasce, okazało się, że jego przyjaciele tak naprawdę nimi nie byli, nie może już grać w tenisa, co przekreśla jego szanse na stypendium sportowe. Chce po prostu przetrwać ostatnią klasę liceum, a Cassidy, która pojawia się nagle pokazuje mu, że do tej pory jego życie było nijakie, wypełnione codzienną rutyną i sportem, który go definiował. Chłopak nie może już grać w tenisa, ale zamiast tego angażuje się w inny klub, w którym znajduje przyjaciół.

Ezra jest bohaterem, którego trudno nie polubić. Jest również narratorem całej historii i muszę przyznać, że to jedna z lepszych męskich narracji, z którymi miałam styczność od dłuższego czasu. Ezra jest zabawny i inteligentny, choć przez długi czas walczy ze sobą i stara się ukryć tę część swojej osobowości. Nie użala się nad sobą, ale idzie dalej. Oczywiście czasami chciałaby, aby wszystko było tak jak przedtem, chciałby wrócić do bezpieczeństwa i rutyny, jednak te drzwi są już dla niego zamknięte i nikt nie musi mu o tym przypominać.

Choć Ezrę i Cassidy wiele łączy, to jednak równie wiele ich dzieli. Cassidy to bohaterka odważna, pełna charyzmy, której nigdy nie zadowoli spokojne i pozbawione wrażeń życie. Podczas czytania nasunęło mi się skojarzenie z postacią Margo z książki Papierowe miasta, która ma wiele wspólnych cech z Cassidy. Obie ciągle próbują nowych rzeczy, chcą wyrwać się z domu, który nie jest dla nich bezpieczną przystanią, a raczej więzieniem. 

Początek wszystkiego jest książką inteligentną i absorbującą. Z jednej strony to lekka młodzieżówka, jednak z drugiej kryje w sobie wiele prawd życiowych i ukrytych przesłań. Pojawia się w niej wiele nawiązań do popkultury, które tylko dodają jej prawdziwości i realności. Pojawiają się schematy, cała historia też nie jest jakoś szczególnie zawiła, jednak to nie o to według mnie chodziło autorce. Robyn Schneider napisała prostą, ale jednocześnie poruszającą historią, która skłania czytelnika do refleksji, do zastanowienia się, czy chcemy żyć, ale tak naprawdę żyć, czy tylko egzystować i biernie przyglądać się z boku. Nie znajdziecie w tej książce happy endu, choć nie kończy się ona też tragicznie. Według mnie autorka znalazła świetne rozwiązanie, które powinno usatysfakcjonować każdego czytelnika. 

Początek wszystkiego to książka, która zaskoczyła mnie na wielu płaszczyznach. Nie spodziewałam się, że powieść Robyn Schneider aż tak mnie wciągnie i sprawi, że jeszcze długo po jej zakończeniu będę tonęła w myślach. Polecam ją serdecznie osobom spragnionym mądrej i sensownej powieści, która ma szansę wnieść coś do naszego życia. Nie dajcie się zwieść pozorom, ponieważ na kartach tej książki znajdziecie o wiele więcej niż tylko kolejną typową historię o nastolatkach.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

Zobacz więcej >

Tkwię w mojej najgorszej wersji piekła

Savannah ze wszystkich sił stara się utrzymać swoje życie w jednym kawałku. Matka zostawiła rodzinę, ojciec pije, a jej młodszy braciszek wymaga specjalnej opieki. Dodatkowo dziewczyna przebiła ołówkiem rękę swojego byłego chłopaka, za co została wyrzucona ze szkoły i wysłana do Brooks Academy, czyli placówki dla uczniów specjalnej troski. Tam poznaje Camerona, który całkowicie nie pasuje swoim statusem i wyglądem do innych uczniów akademii. Nie trafił tam jednak bez powodu. Co ukrywa? Savvy nie może sobie pozwolić na zaufanie mu, choć bardzo ją intryguje. Musi zająć się bratem, którego ciotka chce jej odebrać, a w dodatku jej były chłopak nie ma zamiaru wybaczyć jej tego, co zrobiła.

Twórczość Suzanne Young miałam już okazję poznać, dzięki jej dystopijnej serii Program, której cztery tomy zostały wydane w Polsce. Nowa powieść autorki nosi tytuł Dzikie serca i nie jest w żaden sposób powiązana z jej poprzednimi książkami. Nie wiedziałam dokładnie czego mam spodziewać się po jej lekturze, ale na pewno nie tego, co otrzymałam. Fabuła książki nie jest szczególnie odkrywcza, a raczej przewidywalna. Łatwo można się domyślić, co wydarzy się na kolejnych stronach, jednak to nie znaczy, że nie można czerpać przyjemności z jej czytania, szczególnie że nie jest to kolejna trywialna opowiastka o nastolatce, która zakochuje się w chłopaku i nagle jej problemy w magiczny sposób się rozwiązują. Nie, mamy w tej książce ból, przemoc i problemy rodzinne, które nie znikną, kiedy sobie tego zażyczymy.

Suzanne Young bardzo dobrze wykreowała swoich bohaterów. Od początku polubiłam Savannah, która, choć nigdy nie miała łatwego życia, to jednak nie załamała się i wzięła sprawy w swoje ręce. Mogła się poddać, zacząć narzekać i użalać się nad sobą, ale zamiast tego stanęła na czele rodziny, zdecydowała się zaopiekować młodszym bratem, a przy tym skończyć szkołę, choć prawie wszyscy spisali ją już na straty. Cameron na początku jest dla czytelnika zagadką, ponieważ całkowicie nie pasuje do Brooks Academy. Nie jest jednym z tych wyrzutków, którym życie rozpada się przed oczami, ale jednak również ma swoje problemy, z którymi stara się sobie poradzić. Razem z Savannah poznajemy go coraz lepiej i dowiadujemy się, co tak naprawdę wydarzyło się w jego życiu. Oprócz pary głównych bohaterów pojawia się również wiele postaci drugoplanowych, w tym przyjaciele Savannah, którzy zmagają się z własnymi demonami oraz jej rodzinę, czyli ojca, który wini syna za odejście żony i ciotkę, które chce odebrać jej brata.

Książka jest bardzo bezpośrednia, autorka niczego nie ubarwia, nie stara się przedstawić wydarzeń w sposób, który byłby dla czytelnika przyjemniejszy i łatwiejszy w odbiorze. Dzikie serca to powieść o dramatycznym przebiegu, w którym jedna ciężka sytuacja goni kolejną, w dodatku jeszcze gorszą. Autorka porusza w niej tematy, takie jak choroba oraz jej wpływ na życie chorego i jego rodziny, alkoholizm, problemy z panowaniem nad gniewem i emocjami, a także uzależnienie od narkotyków. Książka ukazuje wszystkie te problemy bardzo dosadnie, porusza czytelnika i nie pozostawia go obojętnym.

Nie sądziła, że powieść Suzanne Young aż tak mnie wciągnie. Szybko zanurzyłam się w świecie wykreowanym przez autorkę i zżyłam z bohaterami. Choć nie jest to powieść lekka, to jednak czyta się ją bardzo szybko i według mnie również przyjemnie. Ma ona mniej niż trzysta stron, co sprawia, że jest lekturą idealną na jedno popołudnie.

Dzikie serca to według mnie oryginalna młodzieżówka, która, choć porusza ważne tematy, to jednak nie przygnębia, a raczej daje nadzieje i podnosi na duchu. Jeżeli szukacie krótkiej powieści, która was wciągnie, nie zanudzi, a może nawet i poruszy jakąś wewnętrzną strunę, to zdecydowanie polecam Dzikie serca, bo czas, który poświęcicie na jej przeczytanie, na pewno nie zostanie zmarnowany.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria

Zobacz więcej >

Aby zbadać skąd bierze się życie, należy wpierw zająć się śmiercią

Angielski żeglarz Robert Walton wybrał się w podróż na odległą Arktykę, jednak utknął wśród arktycznych lodów. Pewnego dnia pod jego statek dociera na saniach wycieńczony rozbitek, którym okazuje się szwajcarski uczony – Wiktor Frankenstein. Po odzyskaniu przytomności zaczyna snuć opowieść o okolicznościach, w jakich się tu znalazł. Jest to opowieść niepokojąca, mrożąca krew w żyłach, która skupia się na największym dziele i osiągnięciu mężczyzny, a mianowicie powołania do życia ludzkiej istoty, która jednak obróciła się przeciw niemu...

Frankenstein to już klasyka grozy, o której każdy z pewnością słyszał nie raz i nie dwa. Książka po raz pierwszy ukazała się w 1818 roku i bardzo szybko zyskała na popularności. Doczekała się niezliczonych recenzji, opracowań oraz ekranizacji i nawet po upływie dwustu lat wciąż cieszy się niegasnącą popularnością.

Do sięgnięcia po Frankensteina zbierałam się już od bardzo długiego czasu. Ta powieść od samego początku interesowała mnie swoją tematyką oraz wpływem na współczesną literaturę. W swoim życiu obejrzałam już niejedną ekranizację tej powieści, dlatego nadal nie rozumiem, dlaczego tak długo zwlekałam z sięgnięciem po pierwowzór. Jestem przekonana, że jeszcze długo bym to odwlekała, gdyby nie Wydawnictwo Vesper, które postanowiło zaoferować czytelnikom wyjątkowe wydanie tej powieści.

Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz jest historią przerażającą, ale na całkiem inny sposób niż można by przypuszczać. Sięgając po tę książkę, która stała się klasykiem grozy, ludzie mogą oczekiwać krwawej i mrocznej historii, po której nie będą mogli zmrużyć oka. Frankenstein jest jednak bardziej dramatem psychologicznym niż zapierającym dech w piersi horrorem. Obfituje on w licznej rozważania głównego bohatera, który może nie zachwycił mnie jako postać, ale za to okazał się bardzo dobrym narratorem. Wiktor Frankenstein rzuca wyzwanie Bogu, drwi z niego i powołuje na świat nowe życie. Nie zadaje sobie jednak pytania, jaki ma w tym cel, co w rezultacie skutkuje powstaniem istoty, której nie jest w stanie zapewnić opieki. Tworzy potwora, którego sam się obawia, nie czuje dumy ze swojego osiągnięcia, a tylko gorzkie rozczarowanie. W stworze, który odrzucony zaczyna zdawać sobie sprawę ze swojej inności, rodzi się zło. Nie natychmiast, ale stopniowo, wraz z kolejnymi upokorzeniami, kiedy ludzie widzą w nim tylko potwora, on z czasem naprawdę się w niego zmienia.

Dzięki Wydawnictwu Vesper możemy cieszyć się pięknie wydaną książką, a także po raz pierwszy w Polsce jej pierwotną wersją, czyli pozbawioną zmian wprowadzonych w późniejszych latach przez autorkę. W książce znajdziemy również takie teksty jak fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Wampira Johna Williama Polidoriego oraz opowiastki niesamowite autorstwa Percy'ego Schelleya. Karty powieści zdobią również piękne ilustracje Lynda Warda, które idealnie wpasowują się w treść książki oraz pomagają budować niepokojący i przerażający klimat tej powieści.

Frankenstein to niesamowita książka opowiadająca o najskrytszych marzeniach człowieka, schowanych głęboko w zakamarkach świadomości. To historia o zabawie w Boga oraz o konsekwencjach, jakie za sobą niesie. Uważam, że każdy powinien sięgnąć po tę powieść, nie tylko ze względu na to, że jest to klasyk, który z pewnością warto znać, ale także dlatego, że Mary Shelley stworzyła uniwersalną powieść, która każdy może interpretować na swój własny sposób i wyciągnąć po jej lekturze odmienne wnioski.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper

Zobacz więcej >

Pyrkon 2017


Nie mogę uwierzyć, że od Pyrkonu minął już miesiąc. Wciąż mam wrażenie, jakbym dopiero wczoraj zerwała się przed świtem, aby wyruszyć w wielogodzinną podróż do Poznania na mój pierwszy festiwal fantastyki. Czas płynie niemiłosiernie szybko, miałam napisać tę relację niedługo po powrocie z konwentu, jednak oczywiście, jak to ze mną bywa, zwaliło się mnóstwo innych spraw i musiałam odłożyć to w czasie. Nie żałuję, ponieważ emocje po tym czasie już opadły, miałam okazję dokładnie wszystko sobie przemyśleć, dlatego w końcu chciałabym opowiedzieć Wam nieco o moim pobycie w Poznaniu i podsumować Pyrkon.

Niestety na festiwalu mogłam zawitać tylko w sobotę, ale uważam, że nawet jeden dzień jest lepszy niż nic. Na miejsce dotarłam przed południem i trochę czasu minęło, zanim zorientowałam się w rozkładzie budynków, co znacznie ułatwiła mi mapka, którą można było dostać przy wejściu. Korzystałam głównie z niej, jednakże czasami sprawdzałam również aplikację Eventory, w której o wiele łatwej było mi odnaleźć się w atrakcjach i ciekawych spotkaniach, bo muszę przyznać, że nie opracowałam sobie wcześniej żadnego planu i działałam całkowicie spontanicznie. Żeby się jednak nie pogubić i zachować jakiś porządek, moją przygodę z festiwalem zaczęłam od zwiedzenia po kolei wszystkich budynków z atrakcjami.




Na Pyrkonie było wiele bloków tematycznych, jednak nie wszystkie zaliczały się do grona moich zainteresowań. O ile kocham fantastykę, to nie gram w gry komputerowe, a komiksy i mangę czytam sporadycznie. Mimo to znalazłam dla siebie wiele innych atrakcji, a w szczególności spodobał mi się Blok Gier Bez Prądu. Muszę przyznać, że już dawno nie grałam w żadną grę planszową, dlatego byłam bardzo zdziwiona szerokim wyborem najróżniejszych planszówek. Widać, że jestem daleko w tyle w tej sprawie, ale po Pyrkonie na pewno nie odpuszczę i niedługo to nadrobię. Fani filmów i seriali także znajdą na festiwalu miejsce dla siebie, a osoby, które nigdy nie odpuszczają okazji, aby zaopatrzyć się w nowe gadżety na pewno nie będą zawiedzione, ponieważ na ten cel został poświęcony cały osobny pawilon.

Nie mogę nie wspomnieć o niesamowitych cosplayach. Przebierali się nie tylko dorośli, ale również dzieci, jedne stroje były bardziej, inne mniej wymyślne, a w przygotowanie niektórych naprawdę było trzeba włożyć wiele pracy. Najbardziej podobał mi się cosplay Enta z Władcy Pierścieni, a przynajmniej mam nadzieję, że to był Ent. Kostium był niesamowity, chociaż schody z pewnością jawiły się w nim jako wielkie wyzwanie. Na Pyrkonie miałam również poznać kilka niesamowitych osób, a w szczególności Martę z bloga Fantastyczne książki i jak je znaleźć oraz Anitę z Book Reviews by Anita, z którymi naprawdę świetnie spędziłam czas i pokręciłam się trochę po festiwalu. 

Najważniejszym dla mnie punktem dnia było poznanie niesamowitej Samanthy Shannon i nie mam tu na myśli panelu z jej udziałem ani spotkania autorskiego. Z racji tego, że pojawiłam się na festiwalu, jako reprezentantka mediów, miałam możliwość poznania jej osobiście oraz przeprowadzenia wywiadu. Samantha jest niezwykłą autorką i przemiłą, otwartą osobą, z którą bardzo przyjemnie mi się rozmawiało, dlatego mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.

Podsumowując, Pyrkon jest czymś niesamowitym. Dla mnie niezwykła była możliwość spotkania ludzi, którzy mają takie zainteresowania i mogą bez oporów rozmawiać o tym godzinami. Ludzi, którzy są takimi samymi geekami i kochają fantastykę całym sercem. Nie chodzi mi tu tylko o literaturę, chociaż to bezapelacyjnie centrum moich zainteresowań, to jednak fantastyka osiągnęła już o wiele większą skalę. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, bez względu czy czyta książki, czy komiksy, ogląda filmy lub seriale, a może gra w gry. Pyrkon zapewnia wiele atrakcji podczas wszystkich trzech dni festiwalu, więc nuda na pewno Wam nie grozi. Jest to impreza na wielką skalę, a organizatorzy naprawdę wykonali kawał dobrej roboty, nie tylko z atrakcjami, ale także, aby każdy czuł się na terenie festiwalu swobodnie i bezpiecznie. 

Czy wybiorę się na Pyrkon w przyszłym roku? Nie wiem. Nie ukrywam, że chciałabym na pewno jeszcze zawitać na festiwalu, jednak nie mam pewności, co wydarzy się za tydzień, nie mówiąc już o przyszłym roku. Mam jednak nadzieję, że uda mi się pojawić tam ponownie i tym razem będzie to o wiele dłuższa wizyta.


Pyrkon w zdjęciach








Zobacz więcej >

Wielkie sukcesy często zależą od umiejętności rozróżnienia pomiędzy tym, co niemożliwe, a tym, co tylko nieprawdopodobne


Alcatraz Smedry nieustannie wędruje od jednej rodziny zastępczej do drugiej, a to wszystko zasługa jego niezwykłego talentu do psucia dosłownie wszystkiego, czego się dotknie. Po kolejnym niefortunnym zdarzeniu, w wyniku którego oczywiście całkiem przypadkowo spalił kuchnię przybranych rodziców, chłopiec czeka na kolejne przeniesienie. W dodatku na trzynaste urodziny otrzymał w spadku po zmarłych rodzicach przesyłkę, w której znalazł zwykły woreczek z piaskiem. Nieoczekiwanie w progu jego domu staje dziwaczny staruszek, który twierdzi, że jest jego dziadkiem i przybył pomóc mu chronić jego spadek. Ten jednak zaginął...

Piasek Raszida jest pierwszym tomem serii Alcatraz kontra Bibliotekarze dobrze znanego i docenianego autora fantastyki Brandona Sandersona, który w krótkim czasie zyskał ogromną popularność w naszym kraju. Osoby, które czytają mnie od dłuższego czasu, mogą już wiedzieć, że należy on również do grona moich ulubionych autorów i zawsze z wielką chęcią sięgam po każdą jego nową pozycję, nieważne czy jest to fantasy, czy science fiction, ponieważ Sanderson potrafi zadziwić na wiele sposobów i zawsze udowadnia, że jego wyobraźnia nie zna granic.

Nie można powiedzieć, że autor cierpi na brak pomysłów, bo tych z pewnością ma pod dostatkiem. Fabuła Piasku Raszida jest jednocześnie prosta, ale i poplątana. Łatwa w odbiorze, ale niesamowicie dziwna. Już na samym początku w notce Sanderson ujawnia, że jest to autobiografia, jednak w obawie przed Bibliotekarzami musiał wydać ją pod pseudonimem, no bo wiecie, to wszystko wydarzyło się naprawdę... A tak na poważnie, to muszę przyznać, że niesamowicie spodobał mi się pomysł autora na przedstawienie Bibliotekarzy jako czarnych charakterów, no bo kto by pomyślał, że z ich strony może grozić nam jakieś niebezpieczeństwo? W książce nie ma miejsca na nudę, nieustannie coś się dzieje, a akcja pędzi w zawrotnym tempie. Choć jest ona skierowana głównie na dobrą zabawę, to jednak znajdziemy w niej również kilka przesłań i oczywiście morał. Wyjątkowe jest według mnie to, że każdy może odebrać tę powieść na swój własny sposób i wyciągnąć z jej lektury inne wnioski.

Sanderson stworzył barwnych i oryginalnych bohaterów, z których grona na sam przód wysuwa się oczywiście główny bohater i narrator tej historii. W książce została zastosowana narracja pierwszoosobowa i choć nie przepadam jakoś szczególnie za tego typu narracją, to muszę przyznać, że bardzo polubiłam Alcatraza i świetnie się bawiłam, obserwując rozgrywające się wydarzenia z jego perspektywy. Książka jest wypełniona humorem i to każdego rodzaju, znajdziemy tu zabawne postacie, śmieszne sytuacje i rozbrajające dialogi. Podczas czytania książki uśmiech po prostu nie schodził mi z twarzy. Autor rzuca wypełnionymi sarkazmem oraz ironią żartami na prawo i lewo, tak długo aż nie możemy powstrzymać wybuchu śmiechu.

Nie mogę również nie wspomnieć o wydaniu tej książki, które być może z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku kryją się ilustracje autorstwa Hayleya Lazo, które według mnie idealnie wpasowują się w treść książki, a przy tym cieszą oko i tylko dodają atrakcyjności całej powieści. Czcionka jest dość spora, a książka wciąga tak niesamowicie, że zanim się obejrzałam już byłam po lekturze.

Piasek Raszida jest książką osobliwą, która z pewnością zapada w pamięć. Wiele osób być może odpuści sobie jej lekturę, ponieważ uzna ją za literaturę dla młodszych czytelników. Nie mogę się nie zgodzić, że największą frajdę i radość z lektury tej książki na pewno będzie czerpać młodsze grono odbiorców, ale i starsi czytelnicy znajdą w niej coś, od czego ja w książkach nigdy nie stronię, a mam tu na myśli czystą rozrywkę i radość z czytania. Już nie mogę się doczekać kontynuacji przygód Alcatraza, a osobom, które szukają lekkiej, zabawnej książki, ze świetnym głównym bohaterem gorąco zachęcam do zapoznania się z tą pozycją.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu IUVI



Zobacz więcej >

Żadna cywilizacja nie jest gotowa na swój kres


W zeszłym roku Ken Liu zachwycił mnie swoją debiutancką powieścią Królowie Dary, która jest pierwszym tomem serii Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu. Zostałam wprowadzona w całkiem nowy fantastyczny świat inspirowany starożytnymi Chinami, który urzeka swoją oryginalnością i innością oraz przede wszystkim niesamowitą historią, która zostawia schematy daleko w tyle i całkowicie wciąga w świat wykreowany przez autora. Z niecierpliwością i podekscytowaniem wyczekiwałam kontynuacji, pełna nadziei, ale i obaw. Myślałam, że lepiej już być nie może, ale Ken Liu pokazał, że nie bez powodu został uhonorowany wieloma nagrodami, a Królowie Dary byli dopiero początkiem tej niezwykłej serii.

Cesarz Ragin po burzliwym okresie wojny i walki o władzę wprowadził Darę na drogę pokoju. Stara się sprawiedliwie rządzić swoim cesarstwem, dbać o jego rozwój oraz sprostać żądaniom ludu. Darę jednak wciąż dotykają problemy, dworskie intrygi nie mają końca i nie wszystko rozwija się po myśli monarchy. Dodatkowo nad cesarstwem zawisają czarne chmury, a zza mitycznej Ściany Burz oddzielającej Darę od reszty świata, przybywa nieznane zagrożenie. Wybucha chaos, a sytuacja staje się jeszcze bardziej krytyczna, kiedy cesarz zostaje zmuszony stawić czoła zdradzie i fałszywym oskarżeniom. Na scenę wkraczają jego dorosłe dzieci, które pragną zapisać się na kartach historii oraz udowodnić swoją wartość, jednak pomimo dobrych chęci i ambicji, nie mają pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Ściana Burz, choć jest kontynuacją Królów Dary, to jednak pomiędzy pierwszym a drugim tomem mamy dość spory przeskok czasowy, a fabuła nie kręci się tylko i wyłącznie wokół poznanych już wcześniej bohaterów. Oczywiście w tej książce pojawiają się postacie z poprzedniego tomu, jednak zdecydowanie ustępują one miejsca nowemu pokoleniu. Należą do niego przede wszystkim dzieci cesarza, które wciąż żyją w niepewności, którego z nich ojciec wybierze na swojego następcę. W tym tomie Ken Liu prezentuje nam bardzo szeroki wachlarz bohaterów, z których każdy jest osobną, wyjątkową jednostką, posiadającą swój własny charakter, dzięki czemu możemy spojrzeć na tę historię z kilku różnych punktów widzenia. Autor zdecydowanie wykazał się niesamowitą kreacją bohaterów i budowaniem charakterów, jednak nie zaniedbał przy tym innych aspektów tej historii, której rozmach i misterność wciąż są dla mnie momentami nie do pojęcia. Ken Liu od podstaw stworzył całkiem nowy świat, który dopracował pod każdym względem, gdyż nie doszukamy się tu nieścisłości. Wszystko łączy się tu w spójną i sensowną całość, a takie elementy, jak architektura, religia i obyczaje nie zawsze są tylko tłem, dla rozgrywających się wydarzeń, momentami wysuwają się na pierwszy plan, jednak nigdy nie pozostają w tyle, a raczej wciąż rozwijają się razem z fabułą i bohaterami.

Ściana Burz może niektórych przerazić swoją objętością, gdyż książka ma prawie osiemset stron, jednak w moim przypadku było wręcz przeciwnie. Niesamowicie się ucieszyłam, że drugi tom jest dłuższy od pierwszego. Wielowątkowość tej historii wbrew pozorom nie przytłacza czytelnika i nie sprawia, że zaczyna się on gubić w wydarzeniach i mylić bohaterów. Wszystkie wydarzenia zostały bardzo sprawnie poprowadzone i jasno rozwinięte. Akcja w książce przez pierwszą połowę toczy się swoim rytmem, wprowadza nas ponownie w świat Dary i zaznajamia z nowymi bohaterami oraz relacjami, które między nimi panują. Druga połowa toczy się w o wiele szybszym tempie, na scenę wkraczają tajemniczy Lyucu razem ze swoimi skrzydlatymi bestiami, a w imperium wybucha chaos. Z całą pewnością mogę Was zapewnić, że w tej książce nie mam miejsca na nudę, nieustannie coś się dzieje, a czytelnik z trudem jest w stanie oderwać się od lektury.

Ściana Burz to kontynuacja, która przerosła moja najśmielsze oczekiwania. To książka wypełniona po brzegi epicką akcją i zapadającymi w pamięć bohaterami, która zachwyca niesamowitym światem. Z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji tej serii, ponieważ mam wrażenie, że Ken Liu jeszcze nie raz nas zaskoczy. To pozycja obowiązkowa dla fanów fantastyki, którzy poszukują czegoś nowego, gdyż seria Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu do schematycznych na pewno nie należy.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Zobacz więcej >

Na zawsze razem, ale czy na pewno?

Ella i Micha w końcu są razem, ale na jak długo? Dziewczyna skupia się na szkole i swojej przyszłości, choć nieustający rodzinny dramat ciągle jej w tym przeszkadza. Pragnie tylko Michy, ale nie pozwoli, aby jej problemy stanęły na drodze jego marzeniom. Micha za to zatracił się występach, nieustannie podróżuje, brak mu czasu, jednak nieustanie doskwiera mu tęsknota za Ellą. Nie spodziewał się, że rozłąka z nią będzie aż tak trudna. Chciałby, aby była z nim, jednak nie chce wymagać od niej poświęcenia całego swojego obecnego życia. Z trudem znajdują czas na wspólne chwile, a kiedy kolejna tragedia wstrząsa ich światem, będą musieli zmierzyć się z problemami, które stoją na drodze ich szczęściu.

Do tej pory przeczytałam wszystkie książki Jessiki Sorensen, które zostały wydane w naszym kraju. Może nie są to szczególnie odkrywcze powieści, gdyż wszystko, co w nich znajdziemy, już gdzieś, kiedyś było, ale mimo to są to książki lekkie i przyjemnie, przy których można miło spędzić czas. Na zawsze razem. Ella i Micha to drugi tom serii The Secret, której pierwsza część Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha została wydana w Polsce w zeszłym roku. Historia zagubionej Elli i zdeterminowanego, aby o nią walczyć Michy spodobała mi się, dlatego nie wahałam się przed sięgnięciem po kontynuację, szczególnie że byłam bardzo ciekawa, w którą stronę autorka pokieruje losy bohaterów.

W drugim tomie Jessika Sorensen poruszyła temat związku na odległość. Temat nieszczególnie oryginalny, ale również nie tak często spotykany w literaturze. Pojawiło się kilka ciekawych momentów, ale nie obyło się również bez schematów. Akcja toczy się swoim tempem, a książkę czyta się bardzo przyjemnie, mimo że pojawiają się fragmenty, podczas których akcja zwalnia albo staje się mało znacząca i wtedy niestety wydarzenia się dłużyły, a mnie dopadała nuda.

W książce mamy do czynienia z narracją ze strony zarówno Elli, jak i Michy. Dzięki dwóm różnym punktom widzenia możemy spojrzeć na historię z szerszej perspektywy. Micha po raz kolejny zyskał sobie moją sympatię, ponieważ pomimo przeciwności i faktu, że był wielokrotnie odpychany, nadal walczył o dziewczynę, którą kochał od wielu lat. Ella natomiast kilka razy nieźle mnie zirytowała. Rozumiem jej sytuację. Rodzinne problemy, niska samoocena, brak pewności siebie i zdecydowania, to wszystko się kumuluje i zaczyna ją przytłaczać, jednak niektóre decyzje, które podejmuje na kartach książki, były według mnie bardzo naciągane i wyraźnie odstawały od całej reszty.

Jessika Sorensen w swoich książkach zawsze porusza ważne tematy i zagłębia się w problemy, które dotykają ludzi każdego dnia. Alkoholizm jest właśnie jednym z nich. Ten problem dotyka nie tylko osoby, która topi wszystko w alkoholu, ale i jej bliskich. Wpływa na zachowanie i zaburza sposób patrzenia na świat. Również choroby, których nie widać gołym okiem, które nie ujawniają się w zachowaniu, potrafią czasami wyrządzić ogromną szkodę, nie na zewnątrz, ale właśnie w środku, a postronne osoby mogą nawet nie zauważyć, że tuż obok znajduje się człowiek, który potrzebuje pomocy.

Na zawsze razem. Ella i Micha okazała się niestety gorsza od pierwszego tomu. Nadal jest to książka lekka i łatwa w odbiorze, jednak nie utrzymała ona poziomu swojej poprzedniczki. Jessika Sorensen tworzy powieści z ciekawymi bohaterami i poważnymi problemami, które potrafią wciągnąć i zainteresować czytelnika. Na zawsze razem jest dobrze napisaną i skonstruowaną powieścią, jednak dla mnie była po prostu przeciętna i nie tak dobra, jak Nie pozwól mi odejść. Jeśli czytaliście pierwszy tom, to uważam, że warto sięgnąć po tę książkę, żeby dowiedzieć się, jak potoczyły się losy głównych bohaterów.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

Zobacz więcej >

Nadzieja częściej niż rzadziej prowadzi do rozczarowania

Allie przechodzi ciężki okres. Koniec studiów zbliża się wielkimi krokami, a ona nadal nie podjęła ostatecznej decyzji dotyczącej swojej przyszłości. W dodatku zerwała z wieloletnim chłopakiem, który chciał zdecydować za nią. Nigdy nie interesował jej seks bez zobowiązań, ale ze złamanym sercem i parszywym humorem wpada prosto w ramiona Deana Di Laurentisa. Po fakcie stara się o wszystkim zapomnieć i po prostu ruszyć dalej, ale co zrobić, kiedy przystojny hokeista nie ma zamiaru zrezygnować z ich znajomości.

Dean to stuprocentowy kobieciarz. Przyjaciele, hokej, dziewczyny, alkohol i dobra zabawa, to wszystko, czego mu potrzeba do szczęścia. Nie pakuje się w stałe związki i zobowiązania. W jego życie wkracza jednak Allie, o której nie może zapomnieć po tej jednej szczególnej nocy, którą spędzili razem. Ona chce udawać, że nie miała miejsca. On jednak nie ma takiego zamiaru.

Pierwszy tom serii Off'-Campus, czyli Układ bardzo mi się podobał. Historia Hannah i Garretta skradła moje serce i właśnie dlatego byłam bardzo zawiedziona, kiedy drugi tom okazał się gorszy. Według mnie Błąd był co najwyżej przeciętny, ale mimo to nadal miałam nadzieję, że autorka wróci na prostą i Podbój okaże się równie dobry, co pierwsza część. Niestety po lekturze tej książki mam bardzo mieszane uczucia.

Układ opowiadał historię Hannah i Garretta, drugi tom skupił się na Loganie i Grace. W Podboju głównymi bohaterami zostają Allie, czyli najlepsza przyjaciółka Hannah i Dean kolejny członek drużyny hokeja. Allie jest zakręconą dziewczyną, która studiuje aktorstwo i zazwyczaj nie ma siły wytrwać w swoich postanowieniach. Dean jest natomiast bogatym mężczyzną, któremu zawsze wszystko przychodziło z łatwością ze względu na jego pozycję i wygląd. W książce połączył ich seks i nie do końca mi to pasuje. Najpierw pojawiła się fizyczność, a potem uczucie i to dopiero po długim czasie, który wypełniony był odpychaniem Deana przez Allie, jego nieustającym próbom zdobycia jej oraz scenami erotycznymi. 

W Podboju podobnie, jak w poprzednich dwóch tomach pojawia się humor, ale nie są to już zabawne przepychanki Hannah i Garretta, ani nawet prztyki oraz docinki Grace i Logana. W tym tomie polega on głównie na bezpośrednich żartach Deana, które zawsze zawierają jakiś podtekst i muszę przyznać, że nie przypadło mi to do gustu. Według mnie było tego o wiele za dużo i choć nie mam nic przeciwko takiego rodzaju żartom w książkach, uważam nawet, że dodają one autentyczności powieści, to jednak trzeba mieć jakiś umiar. Oprócz tego pojawia się kilka zabawnych sytuacji i wtedy naprawdę można się pośmiać, ale to tylko mała część w porównaniu z całą resztą.

Podbój jest książką z gatunku New Adult, dlatego bez zaskoczenia znajdziemy w niej sceny erotyczne. O ile w Układzie wszystko było według mnie świetnie wyważone, uczucia idealnie dopełniały się z cielesnością, to jednak w Podboju rozwój relacji głównych bohaterów poszedł w odstawkę na rzecz scen seksu. Tak zaczęła się ich relacja i to w głównej mierze wypełnia tę książkę. Jeśli takie momenty są dobrze napisane, to w niczym nie przeszkadzają, ale jeśli już nie zachwycają poziomem i pojawiają się co kilka stron, to po kilku rozdziałach można mieć już tego dość.

W książce pojawia się motyw straty i radzenia sobie z bólem, który po sobie zostawia. Według mnie jest on przedstawiony bardzo realistycznie, szczególnie jeśli chodzi o postać Deana, którego całe dotychczasowe życie było po prostu idealne. On musi się nauczyć, że życie nie jest idealne, natomiast Allie chce się przekonać, czy może być samodzielna, przestać polegać na innych i skupić się na sobie oraz na tym, czego ona pragnie. Za najlepszą część tej książki uważam zakończenie i nie mam tutaj na myśli wątku głównych bohaterów, a raczej wstępu do kolejnego czwartego tomu tej serii, który opowiada historię Tuckera. Przez trzy tomy bardzo polubiłam jego postać i mam nadzieję, że jego historia mnie zaskoczy i okaże się tak dobra, jak Układ.

Podbój jest według mnie gorszy od dwóch poprzednich powieści. Nie mogę powiedzieć, że uważam go za całkowitą klapę, ponieważ pomimo zgrzytów w tej książce, to cieszyłam się, że mogę spotkać bohaterów z poprzednich tomów i zobaczyć, jak dalej toczy się ich życie. Nie żywię ogromnej sympatii do głównych postaci, ale też nie mogę napisać, że jakość szczególnie ich nie lubię, bo to nieprawda. Mieli swoje lepsze i gorsze momenty, ale na samym końcu wzięli się w garść i zdecydowali się wziąć swoje życie we własne ręce. Podbój nie jest z pewnością najlepszą książką w tej serii i nie mogę Wam jej z czystym sumieniem polecić. Jeśli czytaliście poprzednie tomy i jesteście zdeterminowany przeczytać wszystkie części, to sięgnijcie i po ten tom, ale odłóżcie na bok wszystkie oczekiwania.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka


Zobacz więcej >

Miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś – kim jesteśmy


Miałam okazję przeczytać w swoim życiu wiele książek o wojnie. Niektóre z nich okazały się dla mnie wyjątkowymi, zapadającymi w pamięć lekturami, które trafiły do grona najważniejszych dla mnie powieści. O Słowiku, choć słyszałam wiele pozytywnych opinii, to tak naprawdę nie widziałam zbyt dużo. Dowiedziałam się o tej książce, jeszcze przed jej premierą w Polsce i miałam nadzieję, że w końcu ktoś ją u nas wyda. Na szczęście tak się stało, a po przeczytaniu opisu od razu wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę.

Isabelle i Vianne są siostrami, jednak dzieli je wszystko. Zarówno wiek, okoliczności, w których przyszło im dorastać, jak i sposób patrzenia na świat. Vianne to matka i żona, dla której najważniejsza jest rodzina. Isabelle to z kolei urodzona buntowniczka, która nie chce podporządkować się nikomu i niczemu. Wybucha wojna. W 1940 roku Francja zostaje zajęta przez Niemcy. Vianne ma nadzieję przetrwać wojnę, kiedy Isabelle chce walczyć o swoją ojczyznę. Każdej z nich przyjdzie jednak stoczyć własną potyczkę. Starsza siostra zostaje zmuszona do przyjęcia pod dach niemieckiego kapitana, natomiast młodsza dołącza do ruchu oporu. Nim wojna dobiegnie końca, przyjdzie im zmierzyć się z bólem, głodem, zimnem i nieopisanym okrucieństwem.

Wojna nie jest tematem łatwym ani lekkim. Niektóre powieści, które czytałam, używały jej bardziej jako tła dla rozgrywających się wydarzeń, niż określały jako kluczową i jej najważniejszą część. Wątki bohaterów wysuwały się na pierwszy plan i nierzadko przesłaniały jej ogrom i skalę. W Słowiku autorka jednak niczego nie ubarwiła, nie zepchnęła wojny na dalszy plan, ale ukazała jej brutalne okrucieństwo. Nie brak tu głodu i zimna, zapachu strachu i śmierci, a wszystko zostało przedstawione niesamowicie dosadnie i realnie. Wszystko uderza w czytelnika, który momentami może poczuć się tym przytłoczony. Kiedy odkładałam tę książkę, choć na chwilę nie mogłam się otrząsnąć, a po jej przeczytaniu wszystko naokoło wydawało się takie trywialne i pozbawione sensu.

Słowik jest przede wszystkim opowieścią o kobietach. Nierzadko ich udział w wojnie został pominięty, być może zapomniany. Ta książka pokazuje, jak ona wyglądała z ich perspektywy. Co czuły i czego doświadczyły kobiety, które jak Vianne czekały w domach na powrót swoich mężów. Co działo się z tymi, które podjęły heroiczną walkę, nie dały się złamać, nie poddały się, ale dołączyły do ruchu oporu i sprzeciwiły się okupantowi. Kristin Hannah w swojej powieści skupia się na zwykłych rodzinach, na tym, z czym musiały się mierzyć. Nie był to tylko głód i zimno, ale także poniżenia oraz niekończące się wybory. Nierzadko pojawiały się dylematy, którym trzeba było stawić czoła, mimo że zawsze niosły za sobą ogromne ryzyko. Autorka w swojej powieści ukazuje wszystkie odcienie wojny, a każdy aspekt tej historii jest wyważony i idealnie uzupełnia się z pozostałymi.

Słowik to książka niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, która zasługuje na każdą pochlebną opinię, na każdą pozytywną recenzję, ponieważ nie można powiedzieć o niej złego słowa. Wszystko w tej powieści jest niezwykle namacalne, a choć wydarzenia są fikcyjne, to mogłyby wydarzyć się naprawdę. Podczas lektury towarzyszyła mi cała gama emocji, nad którymi momentami ciężko było zapanować. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać i pozwolić się jej pochłonąć.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Nie zawsze można mieć wszystko, czego się pragnie


Brandon Sanderson z każdą kolejną książką zaskakuje mnie ogromem swojej wyobraźni oraz różnorodnością swoich powieści. Mogłoby się wydawać, że po tylu świetnych seriach, nie będzie już w stanie zaoferować nam nic nowego, jednak za każdym razem okazuje się, że to nie koniec, a dopiero początek, gdyż jego kreatywność nie ma końca.

Nad małym miasteczkiem Idris zawisła groźba ze strony Hallandrenu, w którego pałacach mieszkają bogowie. Niegdyś byli tylko zwykłymi ludźmi, jednak chwalebna śmierć przywróciła ich odmienionych do tego świata. Sprawują oni władzę nad armią niepokonanych wojowników, gotowych ruszyć w każdej chwili na ojczyznę Siri i Vienny. Król Idris chcąc zyskać trochę czasu, by znaleźć rozwiązanie przed ostateczną rozgrywką, poświęca swoją córkę, która ma poślubić okrutnego tyrana. W tym celu trafia do Hallandrenu, serca świata, gdzie prym wiedzie potężna magia. Czy księżniczka odnajdzie się w nowej sytuacji i zdoła odmienić koleje losu mieszkańców swojej ojczyzny? Jaką tajemnicę ukrywa Król-Bóg?

Rozjemca to pierwszy tom cyklu Siewca wojny, który został wydany w naszym kraju kilka lat temu pod takim samym tytułem jak seria. Wydawnictwo postanowiło jednak odświeżyć czytelnikom tę historię i wydało ją w nowej szacie graficznej oraz pod zmienionym tytułem. Książka rozpoczyna się niezwykle interesująco. Cała akcja rozwija się dosyć powolnie, zostajemy wprowadzeni do nowego świata, poznajemy kolejny rodzaj magii i ciekawych bohaterów. Rozjemca jest kolejną rozbudowaną i wielowątkową powieścią Sandersona, ale fabuła skupia się w szczególności na kilku głównych bohaterach. Należą do nich oczywiście siostry księżniczki, na pierwszy rzut oka całkiem różne. Vienna jest starsza, bardziej doświadczona, natomiast jej młodsza siostra Siri to czarna owca rodziny. Z czasem jednak dojrzewa i właśnie wtedy można dostrzec wyraźne podobieństwo między siostrami. Pojawia się tu również tajemniczy Vasher – rewolucjonista władający nader interesującym ostrzem. Susebon jest królem bogiem i to wokół niego kształtuje się najbardziej zawiła intryga. Oczywiście, to nie wszyscy bohaterowie, bo Sanderson potrafi umiejętnie rozwijać swoje powieści, przez co osiągają one bardzo imponujące rozmiary.

Autor, jak zwykle zachwyca wykreowanym przez siebie światem, ale to stworzony przez niego system magiczny robi największe wrażenie. Po stworzeniu tylu fantastycznych książek i kilku rodzajów magii autor pokazuje, że nadal można pozostać oryginalnym i zaserwować czytelnikom coś całkiem nowego. Stworzony przez niego system zwie się Biochromą i w głównej mierze polega na zbieraniu Oddechów, które można zbierać w różnych ilościach w zależności, na jakim poziomie zaawansowania się znajdujesz. Moc ta może posłużyć do wielu rzeczy, jednak jest najczęściej wykorzystywana do przebudzania ludzi i przedmiotów. Czytelnik z czasem poznaje coraz więcej szczegółów dotyczących Biochromy, krok po kroku odkrywając jej kolejne tajemnice.

Rozjemca to kolejna fantastyczna książka w dorobku Brandona Sandersona. To książka pełna magii, intryg, spisków i zapadających w pamięć bohaterów. Choć akcja na początku rozwija się powoli, to później nabiera tempa i trzyma w napięciu do samego końca. Trudno nie zachwycać się tą książką, która wciąga od samego początku. Po raz kolejny Brandon Sanderson udowodnił, że jest niesamowitym autorem, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak gorąco zachęcić Was do zapoznania się z jego twórczością i Rozjemcą.


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl


Zobacz więcej >

To całkiem ludzkie, wierzyć, że w innym miejscu i czasie było lepiej niż tu i teraz


Brandon Sanderson to w ostatnim czasie jeden z najpopularniejszych autorów fantasy, o którym bardzo wiele mówi się również w Polsce. W bardzo krótkim czasie wydano wiele jego książek w naszym kraju, pojawiło się również kilka reedycji, a Elantris jest właśnie jedną z nich. Jest to również jego debiut literacki, a z racji, że Brandon Sanderson należy do grona moich ulubionych autorów, było dla mnie kwestią czasu, kiedy sięgnę także i po tę książkę. Z wielką przyjemnością zabieram się za każdą jego powieść, jednak tej byłam szczególnie ciekawa. Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że autorowi nie brak genialnych pomysłów i potrafi zaskoczyć czytelnika na wiele różnych sposobów, dlatego chciałam przekonać się, jakiego kalibru książką rozpoczął swoją karierę.

Elantris było niegdyś pięknym, ogromnym i wzbudzającym podziw miastem. Pełnym magii miejscem, stolicą Arelonu, zamieszkaną przez istoty o białych włosach i srebrzystej skórze. Wszystko, jednak drastycznie się zmieniło, kiedy Shaod, czyli tajemnicza i odmieniająca moc zawiódł. Miasto uległo przeobrażaniu, dotknęła jego choroba, a Elantryjczycy zostali odmienieni. W jego cieniu powstało miasto Kae, które zostało nową stolicą. To właśnie do niej przybywa księżniczka Sarene z Teodu, aby zawrzeć polityczne małżeństwo z księciem Raodenem. Kiedy jednak tam dociera dowiaduje się, że jej niedoszły mąż ginie, a ona jest uważana za wdowę po nim.

Nie bez powodu Sanderson jest tak popularnych autorem, gdyż już w swoim debiucie stworzył starannie opracowany świat, ujmujących bohaterów i przemyślaną fabułę, w której nie zabrakło fantastycznych momentów. Nie można również zapomnieć, że autor słynie ze swoich systemów magicznych, jednak w Elantris magia nie wysuwa się na pierwszy plan, tak jak w przypadku „Z mgły zrodzonego”, gdzie już od samego początku mieliśmy do czynienia z Allomancją. W debiucie autora polega ona na kreśleniu Aonów, czyli starożytnych glifów, które można wykorzystać na wiele różnych sposobów.

Elantris jest lekturą wciągającą, gdyż czytelnik już od pierwszych stron jest zainteresowany losami miasta i żyjących w nim istot. Akcja jednak nie biegnie w zawrotnym tempie, a raczej toczy się swoim rytmem. Nie znajdziemy w tej książce również spektakularnych i widowiskowych scen walk, które można znaleźć w innych książkach Sandersona. Nie oznacza to jednak, że po pewnym czasie dopadnie nas nuda, bo Elantris jest na to zdecydowanie zbyt dobrą powieścią. Pojawia się wiele interesujących postaci, ale fabuła skupia się głównie na trzech bohaterach. Pierwszym z nich jest Raoden – następca tronu Arelonu, szczery i odważny mężczyzna pełen ideałów. Sarene – księżniczka Teodu i narzeczona Raodena, piękna i niezwykle inteligentna kobieta. Ostatnim z głównych bohaterów jest Hrathen – gyorn i arcykapłan na usługach cesarza Fjordenu, który może się poszczycić swoją czerwoną zbroją, wyrachowaniem oraz niezwykłą ostrożnością.

Nie mogę wspomnieć o pięknej oprawie graficznej książki i nie chodzi mi tutaj tylko o okładkę, ponieważ we wnętrzu książki znajdziemy kolorowe mapy, a także symbole magicznych Aonów, które zdobią początek każdego rozdziału. Okładka jest twarda, a książka posiada w dodatku wstążkę, dzięki czemu nie musimy się martwić, gdy zapomnimy, gdzie przerwaliśmy lekturę. Na końcu tego wydanie znajdziemy również Ars Arcanum, czyli wyjaśnienia dotyczące AonDor – systemu magii w Elantris i spis Aonów z wyjaśnieniami. Najciekawszym jednak według mnie dodatkiem są usunięte z książki sceny, które zostały umieszczone na samym końcu.

Elantris jest bardzo udanym debiutem autora, który już w pierwszej książce ukazał swój ogromny potencjał. Nie ma tu może tak wiele wartkiej akcji i porywających potyczek, jak w kolejnych książkach autora, jednak dla mnie była to miła odmiana. Sanderson pokazał, że książka fantasy może być równie wciągająca i łatwo zapaść w pamięć nawet bez takich momentów. Właśnie dlatego osoby, które nie znają jeszcze twórczości autora, nie powinny się wahać, czy zacząć swoją przygodę właśnie od Elantris.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Powiedz mi trzy rzeczy...

Jessie po śmierci matki wyjeżdża z Chicago, by zacząć całkiem nowe życie z ojcem i jego nową żoną. Przeprowadza się do Los Angeles i rozpoczyna naukę w nowej szkole, jednak pośród bogatych dzieciaków i otaczającym ją przepychu trudno jej się odnaleźć. Czuje się samotna i odczuwa tęsknotę za przyjaciółmi, których zostawiła w rodzinnym mieście. Nieoczekiwanie otrzymuje jednak wiadomość, od osoby, która podpisuje się jako Ktoś/Nikt. Zaczyna się z nim regularnie kontaktować i w krótkim czasie tajemniczy osobnik staje się dla niej przyjacielem, który udziela jej cennych wskazówek i pomaga przetrwać początki w nowej szkole. Z czasem anonimowość zaczyna ją jednak męczyć. Kim tak naprawdę jest Ktoś/Nikt i czy Jessie w końcu pozna jego tożsamość?

W ostatnim czasie sięgałam głównie po książki fantastyczne, ale po przeczytaniu opisu Coś o tobie i coś o mnie oraz kilku pozytywnych opinii na temat tej historii nabrałam ochoty do zapoznania się z jakąś ciekawą młodzieżówką, a mój wybór padł oczywiście na powieść Julie Buxbaum.

Zacznę od tego, że fabuła książki jest według mnie bardzo przewidywalna, ale w przypadku tej powieści jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Wydarzenia toczą się swoim rytmem, nie mamy tutaj wartkiej akcji i jej zapierających dech w piersiach zwrotów. Tożsamość tajemniczej osoby podpisującej się jako Ktoś/Nikt również nie była szczególnie trudna do odgadnięcia, jednak w zakończeniu autorka trochę mnie zaskoczyła. Finałowa scena była bardzo zabawna, ze względu na zabiegi Julie Buxbaum, która chciała na samym końcu namieszać czytelnikowi w głowie i zmylić jego podejrzenia. Ostatecznie moje przypuszczenia się potwierdziły, ale i tak doceniam próbę autorki.

Jessie jest bohaterką, która na szczęście nie irytuje i nawet jest o wiele dojrzalsza niż swoje szesnaście lat. Czasami zachowuje się, jak na nastolatkę przystało, ale przecież ma do tego pełne prawo. W książce pojawia się również interesująca postać męska, a jest nią Ethan – tajemniczy i wycofany chłopak, który trzyma się na uboczu. Ma przenikliwy umysł, jednak najczęściej woli się nie wychylać i zatrzymuje swoje przemyślenia dla siebie. W książce pojawiają się także inni bohaterowie, w tym syn nowej żony ojca głównej bohaterki, czy stereotypowa szkolna zołza, która uprzykrza Jessie życie.

Tym, co podobało mi się w książce najbardziej, były liczne nawiązania do poezji, a konkretniej do Ziemi jałowej T. S. Eliota. Bohaterowie w książce mieli za zadanie omówić poemat w ramach zajęć, dlatego para głównych bohaterów spotykała się dość często i dyskutowała na jego temat. Twórczość T. S. Eliota znam bardzo dobrze, w tym również Ziemię jałową, dlatego nawiązanie to tego poematu w książce było dla mnie naprawdę miły zaskoczeniem. 

Coś o tobie i coś o mnie to lekka i przyjemna książka, do przeczytania w jedno popołudnie. Nie jest to odkrywcza historia, która powali nas na kolana wyrafinowanym językiem i zawiłą fabułą, jednak mimo to można czerpać przyjemność z jej czytania. Dobrze bawiłam się przy tej powieści, więc jeśli szukacie ciekawej młodzieżówki, to jak najbardziej polecam Wam Coś o tobie i coś o mnie.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat
Zobacz więcej >
Zatracona w słowach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka