Nadziei nie da się ujarzmić regułami ani wcisnąć pod but przykrych doświadczeń

Od dwudziestu pięciu lat nieprzerwanie trwa wojna między królestwami Arden i Fellsmarch. Władca Ardenu Gerard jest gotowy zrobić wszystko, aby podbić cały kontynent i zniewolić swoich przeciwników oraz uleczyć zranioną dumę. Ma pełno wrogów, a pośród nich dwójkę osób, których uczucia zranił za bardzo. Adrian sul'Han jest synem Wielkiego Maga i królowej Fells, marzy o tym, aby zostać uzdrowicielem i móc pomagać ludziom. Jednego dnia świat wali mu się na głowę, chłopiec przepełniony poczuciem winy i żalem ucieka, aby zgłębić nie tylko tajemnice magii i uzdrawiania, ale doskonali również znajomość trucizn. Pragnie dokonać zemsty na człowieku, który od lat zagraża jego rodzinie. Jenna ma na karku tajemnicze znamię. Od dziecka była zmuszana do niewolniczej pracy w kopalniach w Delphi. Wszystko zmieniło się podczas wizyty władcy, kiedy jej przyjaciele zostali zamordowani na jej oczach, a ona również rzekomo straciła życie. Dziewczyna przyłącza się do tajnej organizacji i zaczyna toczyć własną wojnę. Losy tej dwójki splatają się na ardeńskim dworze, gdzie nic nie jest takie, jakim się wydaje.

Zaklinacz ognia jest pierwszym tomem serii Starcie Królestw, której fabuła rozgrywa się w tym samym świecie, co seria Siedem Królestw tej samej autorki i jest jej kontynuacją. Akcja rozpoczyna się dwadzieścia pięć lat po wydarzeniach opisanych w ostatnim tomie serii, której głównymi bohaterami byli rodzice Asha. Siedem Królestw jest jedną z moich ulubionych serii z gatunku high fantasy. Były to jedne z pierwszych książek, po które sięgnęłam, kiedy rozpoczęłam przygodę z czytaniem, dlatego mam do nich ogromny sentyment. Kiedy dowiedziałam się, że autorka stworzyła nową historię w tym samym świecie, która w dodatku łączy się z poprzednią serią, byłam do niej bardzo sceptycznie nastawiona. Zakończenie Karmazynowej korony, czyli ostatniego tomu serii pozostawiło mnie pełną nadziei, że los bohaterów się odwróci, a oni, którzy tak wiele wycierpieli, będą mogli znaleźć szczęście. Cinda Williams Chima jednak postanowiła nagle zniszczyć ten obraz, uświadamiając czytelników, że wojna się nie skończyła, ale trwa już ćwierć wieku i cały czas zbiera krwawe żniwo.

Autorka nie traci czas na przydługi wstęp, tylko od razu wprowadza czytelnika w wykreowany przez siebie świat. Już na początku zadaje ogromny cios dwójce głównych bohaterów, który w momencie rozpoczęcia książki mają trzynaście i dwanaście lat. Cinda Williams Chima złamała również moje serce tym początkiem, nadal nie mogę uwierzyć, że zrobiła coś takiego i po prostu nie przyjmuję tego faktu do świadomości. Po kilku pierwszych rozdziałach mamy przeskok w czasie aż o cztery lata. Autorka ominęła bardzo dużo, jednak rozumiem, dlaczego to zrobiła. Zawiązała fabułę w momencie, który był przełomem dla bohaterów, a potem, aby przejść do właściwej akcji, kiedy są oni już starsi i doświadczeniu musiała pominąć te cztery lata, podczas których postacie zdobywały doświadczenie i zdążyły wydorośleć. Po tym przeskoku akcja zwalnia, a książka aż do samego końca prezentuje się bardzo nierówno. Na zmianę traciłam i odzyskiwałam zainteresowanie tą historią. Działo się coś ciekawego, akcja nabierała tempa, po czym zwalniała i zaczęła się ciągnąć aż do kolejnego ciekawego fragmentu.

Najważniejszymi bohaterami w tej historii są Ash i Jenna, jednak oprócz nich do grona głównych postaci można zaliczyć również Lilę, która uczęszczała do szkoły w Oden's Ford, tak samo, jak Ash oraz Destina, który jest synem ardeńskiego generała i dostaje od króla zadanie wytropienia Jenny. Ash jest oczywiście przystojny i niezwykle utalentowany. To niesamowity mag i uzdrowiciel, jakiego świat nie widział. Lilii nie brak brawury i odwagi, jest świetną aktorką i nie ma problemów z wodzeniem ludzi za nos. Destin to oddany podwładny króla, który obawia się nie tylko władcy, ale również swojego ojca. Jenna ma tajemniczy znak, jest wyjątkowa i posiada ukryte zdolności. Jest oczywiście niesamowicie odważna i sprzeciwia się tyranii. Każdy bohater jest inny i w pewnym sensie wyjątkowy, jednak o ile polubiłam Asha i Lilę, to Jenny i Destina po prostu nie trawię. Ich kreacja nie trafiła do mnie i z tego powodu ciężko czytało mi się skupione na nich rozdziały. W książce pojawia się także wątek romantyczny, który jest według mnie całkowicie nietrafiony i strasznie naciągany. Zawiązuje się on oczywiście pomiędzy Ashem i Jenną, którzy już po jednym dniu znajomości padają sobie w ramiona. Kompletnie tego nie czuję, według mnie ta dwójka nadaje się na przyjaciół, ale w żadnym wypadku na parę.

Zaklinacz ognia nie jest złą książką, jednak mnie, jako osobę, która czytała poprzednią serię tej autorki, bardzo rozczarował. Serię Siedem Królestw od tej oddzieliłam wielką krechą, staram się nie myśleć o tej powieści, jako o kontynuacji moich ukochanych książek, ale o całkiem nowej historii. Można ją oczywiście czytać bez znajomości poprzednich książek autorki, ponieważ oprócz powiązań między bohaterami tak naprawdę wszystko jest nowe. Nowe postacie, miejsca, istoty, moce i wiele innych. Widać wyraźnie, że jest to początek serii, wiele wątków pozostało nierozwiązanych i na pewno zostaną one rozwinięte w kolejnych tomach. Na pewno sięgnę po kontynuację tej serii, ponieważ uwielbiam ten świat i mam nadzieję, że autorce jeszcze uda się mnie zaskoczyć.

  
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte/Moondrive

Zobacz więcej >

Podróże w czasie

Gwendolyn Shepherd jest niewyróżniającą się niczym szesnastolatką. Przez całe życie żyła w cieniu swojej kuzynki Charlotte, która według samego Newtona odziedziczyła specjalny gen umożliwiający podróżowanie w czasie. Nastąpiła jednak wielka pomyłka, gdyż to nie Charlotte, ale Gwen odziedziczyła gen, który pozwala jej przenosić się w przeszłość. Dziewczyna odkrywa, że istnieje tajne bractwo, a ona nie jest jedynym podróżnikiem. Dziewczyna zostaje wysłana na misję w przeszłość, a jej partnerem zostaje tajemniczy i przystojny Gideon.

Czerwień rubinu jest pierwszym tomem Trylogii Czasu, która już kilka lat temu została wydana w Polsce przez Wydawnictwo Egmont. Po wyczerpaniu się nakładu nie nastąpił jednak żaden dodruk i z upływem czasu cała trylogia stała się białym krukiem, wszyscy chcieli ją przeczytać, jednak nie można było jej nigdzie kupić. Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Media Rodzina postanowiło uszczęśliwić czytelników wznowieniem tej trylogii. W dodatku zachowało piękne oryginalne okładki i twardą oprawę, dzięki czemu książka prezentuje się zjawiskowo.

Akcja powieści rozwija się powoli. Na początku zostajemy wprowadzeni w życie Gwen, poznajemy bohaterów i sytuację, w jakiej znalazła się dziewczyna. Gen, który odziedziczyła, sprawia, że w niekontrolowany sposób może przeskoczyć nagle do jakiegoś momentu w przeszłości. Aby to kontrolować i nie narażać swojego życia, musi codziennie za pomocą chronografu — specjalnej maszyny, która pozwala wybrać, do jakiego momentu w czasie można się przenieść, odbywać podróż w przeszłość. Dziewczyna zostaje wysłana na specjalną misję, jednak nie ma pojęcia, kto jest jej prawdziwym wrogiem. Już w prologu autorka wprowadza nam zalążek intrygi, która na pewno rozwinie się w kolejnych tomach. Pojawia się oczywiście wątek romantyczny, na szczęście nie przesłania on całej historii, a raczej ją dopełnia. Wszystko rozwija się na schemacie, jednak Kerstin Gier dodaje ciekawe i całkiem nowe elementy, które sprawiają, że książkę czyta się z zainteresowaniem.

Autorka według mnie dobrze nakreśliła bohaterów, jednak to nie zmienia faktu, że są oni bardzo stereotypowi. Kerstin Gier nie wykazała się oryginalnością, gdyż Gwen jest typową nastolatką, która, choć posiada jako takie poczucie humoru i specjalny gen, to jednak nie wyróżnia się osobowością na tle innych bohaterek. Czasami wręcz zachowuje się irracjonalnie i ciężko przez to zapałać do niej sympatią. Mamy jeszcze Gideona, który jest oczywiście najlepszy, najprzystojniejszy i niesamowicie inteligentny. Chłopak jest według mnie nijakim bohaterem, a nieustanne zachwyty Gwen nad jego osobą mogą naprawdę zirytować.

Czerwień rubinu to ciekawy początek trylogii, choć nie jest pozbawiony wad. Książka jest przede wszystkim nastawiona na rozrywkę i dobrą zabawę, dlatego nie spodziewajcie się szczególnie zawiłej i odkrywczej historii, która zwali Was z nóg. Powieść wciąga od pierwszych stron, bardzo dobrze bawiłam się podczas czytania i uważam, że przede wszystkim o to w niej chodzi. O czerpanie radości z czytania. Polecam ją osobom, które szukają lekkiej młodzieżówki, która umili Wam dzień i pozwoli skutecznie zabić czas.

  
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina
Zobacz więcej >

Tam, gdzie jest światło, zawsze musi być cień

Magizoolog Newt Skamander zakończył swoją podróż dookoła świata, której celem miało być znalezienie niezwykłych i rzadkich magicznych stworzeń. Jego pobyt w Nowym Jorku miał być krótką przerwą w podróży. Nagle ginie magiczna walizka czarodzieja, fantastyczne zwierzęta wydostają się na wolność i zaczynają grasować po mieście. Jest to jednak dopiero początek kłopotów.

Seria o Harrym Potterze zakończyła się już kilka lat temu, jednak uniwersum stworzone przez J.K. Rowling nadal żyje i nieustannie się rozwija. Kiedy pojawiła się informacja, że powstanie film, którego akcja będzie rozgrywać się przed wydarzeniami opisanymi w serii, a opowiadać będzie o przygodach Newta Scamandera, wszyscy wierni fani zareagowali na tę wiadomość z radością i podekscytowaniem. Na pewno nie zabrakło również sceptyków, ale ogólnie większość wydawała się zadowolona, że nastanie nowa era w historii czarodziejów. Ja również bardzo się cieszę, że J.K. Rowling rozbudowuje to uniwersum czy to za sprawą filmów czy sztuk teatralnych, które jednak potem pojawiają się na papierze w formie scenariusza.

Film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć obejrzałam krótko po jego premierze. Nie jest to historia tak rozbudowana, jak Harry Potter, akcja rozgrywa się w bardzo krótkim czasie, nie poznajemy tak dobrze bohaterów, jednak wydaje się ona bardziej dojrzała. Bohaterowie są starsi, trochę już w życiu przeżyli i mają za sobą bagaż doświadczeń. Żałuję, że ta forma nie pozwala nam poznać ich bliżej i lepiej zrozumieć, jednak wynagradza to niesamowity klimat i oczywiście świat czarodziejów, gdyż przenosimy się nie tylko w czasie, ale również zmieniamy miejsce akcji, co pozwala nam spojrzeć na niego z nowej perspektywy. 

Wobec wydania tej książki nie można przejść obojętnie. Z zewnątrz prezentuje się ona zjawiskowo. Twarda oprawa, przepiękna grafika i złocenia, które ślicznie się mienią. W środku znajdziemy piękną zieloną wklejkę w gwiazdki. Całość dopełniają malutkie ilustracje i ozdobniki, które znajdziemy na kartach tej książki. Oprócz scenariusza, w książce zostały zawarte również informacje o obsadzie i ekipie, a także słowniczek terminów filmowych.

Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Oryginalny scenariusz to przede wszystkim piękna książka, która powinna trafić na każdą półkę miłośnika uniwersum stworzonego przez J.K. Rowling. Żałuję, że nie jest to pełnowymiarowa powieść, jednak scenariusz nadal czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Ja już nie mogę się doczekać kontynuacji przygód Newta i mam nadzieję, że one również ukażą się w formie scenariusza.  

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Zobacz więcej >

Życie potrafi dokopać, ale dopóki żyjesz, masz szansę na szczęście



Tash jest prawdziwą fangirl, od kilku lat zakochaną w Lwie Tołstoju. Jak twierdzi, była to miłość od pierwszej linijki i właśnie dlatego dziewczyna razem ze swoją najlepszą przyjaciółką Jack postanowiła zająć się produkcją serialu internetowego Nieszczęśliwe rodziny, który jest współczesną adaptacją Anny Kareniny. Projekt od początku swojego istnienia nie cieszył się wielką popularnością, posiadał za to małe grono wiernych fanów. Wszystko zmieniło się z dnia na dzień, na kanale zaczęło przybywać subskrybentów, media społecznościowe oszalały, a serial został nominowany do ważnej nagrody. Wraz z rosnącą popularnością Tash zaczyna powoli poznawać samą siebie. Co okaże się dla niej ważniejsze? Sukces czy przyjaźń? Czy przyjaciele zdołają unieść ciężar sławy?

Ostatnio nie czytam wielu typowo obyczajowych powieści dla młodzieży. Zdarzy mi się od czasu do czasu po jakąś sięgnąć, jednak w porównaniu do fantasy czy science fiction w ogólnym rozrachunku jest ich bardzo mało. Kiedy usłyszałam o powieści Milion odsłon Tash, stwierdziłam, że ta książka to coś dla mnie. Jako osoba regularnie udzielająca się w internecie, może nie na kanale, ale na blogu uznałam, że będę mogła utożsamić się z główną bohaterką, a jej rozterki nie okażą się odrealnione czy wyolbrzymione. Czy mi się udało?

Fabuła powieści może sama w sobie nie wydaje się jakoś szczególnie skomplikowana, to jednak tworzy jedną spójną całość splecioną z wielu różnych wątków. To, co znajduje się w opisie, jest dopiero wierzchołkiem góry lodowej, ponieważ Kathryn Ormsbee na prawie trzystu pięćdziesięciu stronach zawarła bardzo różnorodną historię, która wciąga, bawi i zaskakuje. W książce oprócz głównego wątku, którym jest serial internetowy, pojawiają się takie tematy, jak przyjaźń, miłość, tęsknota za rodziną, wkraczanie w dorosłość, nie brak również choroby czy prób odnalezienia własnej tożsamości. Wbrew pozorom wszystko bardzo dobrze ze sobą współgra, a fabuła płynnie się rozwija.

Główna bohaterka Tash jest zakochana w Tołstoju, więc nic dziwnego, że przewija się on przez całą powieść pod różnymi postaciami. Muszę z żalem przyznać, że nie czytałam jeszcze żadnej powieści tego autora, jednak dzięki tej książce czuję się do tego skutecznie zmotywowana. Już od pierwszych stron polubiłam Tash, która jest zwykłą nastolatką, nie uczy się jakość szczególnie dobrze w przeciwieństwie do jej starszej siostry i raczej nie ma szans dostać się na wymarzoną uczelnię. Jest jednak bardzo kreatywna i pomysłowa, bo która nastoletnia dziewczyna może się pochwalić, że stworzyła serial internetowy. Równie szybko, co Tash zapałałam sympatią do dwójki jej najlepszych przyjaciół, czyli Jack i Paula. Nie można również zapomnieć o ekipie aktorów, którzy uczestniczyli w projekcie. To bardzo barwna gromadka, której członkowie różnią się od siebie, jednak potrafią postawić na profesjonalizm i świetnie razem współpracują. Uważam, że Kathryn Ormsbee bardzo dobrze spisała się z kreacją bohaterów, stworzyła ciekawe i różnorodne postacie, wobec których czytelnik nie pozostaje obojętny.

W książce pojawił się pewien wątek, który całkowicie mnie zaskoczył. Choć słyszałam co nieco na ten temat, to jednak nigdy nie spotkałam się z nim w książkach, a co dopiero w powieści młodzieżowej. Nie chcę zdradzać wprost, o co chodzi, ponieważ dla mnie było to miłe zaskoczenie, coś nowego i oryginalnego. Dlatego napiszę tylko, że wątek LGBT jest coraz częściej spotykany w książkach dla młodzieży i nierzadko to wokół niego kręci się cała akcja, ale z tym, co zaserwowała nam Kathryn Ormsbee, jeszcze się nie spotkałam.

Milion odsłon Tash to powieść, która wciągnęła mnie od pierwszych stron i pochłonęła na kilka godzin. Jestem naprawdę zauroczoną tą historią oraz bohaterami, którzy od razu podbili moje serce swoją kreatywnością i pomysłowością, wytrwałością w dążeniu do celu oraz lojalnością wobec przyjaciół. Książka pozytywnie mnie zaskoczyła, to bardzo przyjemna i lekka lektura, która skrywa w sobie więcej, niż można przypuszczać. Jeżeli szukacie powieści, która umili wam popołudnie, to Milion odsłon Tash idealnie sprawdzi się w tej roli.  



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte/Moondrive

Zobacz więcej >

Głosy w głowie

Niedaleka przyszłość, w której social media zawładnęły światem. Briddey Flannigan jest młodą pracowniczką wielkiej korporacji. Jej chłopak Trent, zamiast oświadczyć się ukochanej, proponuje jej przeprowadzenie specjalnego zabiegu dla par. EED umożliwia odbieranie uczuć i emocji partnera, dzięki czemu para może porozumiewać się bez słów i świetnie rozumie się nawzajem. Pomimo próśb i nalegań ze strony rodziny, Briddey zgadza się na zabieg z Trentem. Coś idzie jednak nie tak, ponieważ zamiast połączyć się ze swoim chłopakiem, dziewczyna zaczyna słyszeć myśli C.B., który jest jej kolegą z pracy. Jest to jednak dopiero początek jej kłopotów.

Przed sięgnięciem po powieść Connie Willis nie wiedziałam o niej za wiele. Opis mnie zaintrygował, podobnie jak piękna okładka, czytałam również kilka pozytywnych opinii na jej temat. W dodatku okazało się, że jednym z głównych wątków jest telepatia i to na niej skupia się w głównej mierze fabuła, a z racji tego, że ten temat znajduje się w obszarze moich zainteresowań, nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po Pojedynek na słowa.

Książka w moim odczuciu jest bardzo nierówna. Pierwsza połowa jest niesamowicie nudna, autorce nie udało się mnie zainteresować wydarzeniami. Przez prawie trzysta stron powielają się nieustannie te same wydarzenia, a mianowicie główna bohaterka zastanawia się, czy przeprowadzić zabieg, jej wścibska rodzina nieustannie ją nachodzi i jej to odradza, Briddey ciągle zaczepiają współpracownicy i tak w kółko. Kiedy w końcu bohaterka decyduje się na zabieg, wpadamy w kolejną pętlę. Briddey nie może połączyć się ze swoim chłopakiem, słyszy w głowie głos C.B. i nie chce dopuścić do siebie jego słów, ani wyjaśnień. Dopiero kiedy bohaterka przechodzi załamanie i zmienia swoje nastawienie, akcja zaczyna się rozkręcać. Druga połowa powieści jest o wiele lepsza od pierwszej, wydarzenia są bardziej różnorodne i zdecydowanie ciekawsze, bohaterka nie jest już tak irytująca, przez co książę czyta się o wiele szybciej i przyjemniej. 

Pierwsze skrzypce w tej historii gra Briddey, jednak równie ważnym bohaterem jest C.B. Muszę przyznać, że już na samym początku Briddey nie przypadła mi do gustu i nie polubiłam jej. To bardzo naiwna bohaterka, która narzeka nieustannie na swoją rodzinę, zamiast cieszyć się, że ją ma. Jest zaślepiona, nie potrafi dopuścić do siebie racjonalnych wyjaśnień, wierzy we wszystko swojemu chłopakowi i nie jest w stanie dostrzec, jaki jest naprawdę. Całkiem inaczej przedstawia się sprawa z C.B., gdyż jego polubiłam już od samego początku. To ekscentryczny i tajemniczy mężczyzna, który ma bardzo rozległą wiedzę, jest zabawny i inteligenty. Skrywa również pewien sekret, z powodu którego jest wycofany i wyobcowany.

Zakończenie jest według mnie satysfakcjonujące, gdyż bohaterka zmądrzała i przejrzała na oczy, udało się uratować wszystkich, którzy potrzebowali pomocy i wszystko dobrze się skończyło. Otrzymaliśmy odpowiedzi na dręczące nas pytania i muszę przyznać, że podoba mi się sposób, w jaki autorka postanowiła wytłumaczyć wątek telepatii. W nieco pokrętny i naukowy sposób jednak sprawiła, że to wszystko tworzyło sensowną całość. Do gustu przypadły mi również liczne nawiązania do historii, Irlandii oraz ciekawostki, które przewijały się przez tę powieść.

Pojedynek na słowa to książka, która pokazuje, jak ważna jest komunikacja, oraz że czasami jej nadmiar nie jest niczym dobrym. Historia miała naprawdę ogromny potencjał, jednak niestety autorka go nie wykorzystała. Pierwsza część książki mi się nie podobała, była słaba i nieciekawa, za to druga okazała się o wiele lepsza, interesująca i wciągająca. Polecam tę książkę głównie osobom zainteresowanym wątkiem telepatii oraz czytelnikom, którzy szukają lekkiej książki z gatunku science fiction, w której świat nie różni się jakoś szczególnie od naszego. Jeśli zdecydujecie się już sięgnąć po tę książkę, to nie zniechęcajcie się początkiem i doczytajcie do końca, a całkiem inaczej odbierzecie tę historię. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Albatros


Zobacz więcej >

Nawet to, co wspaniałe, może drżeć ze strachu

Księżniczka Lia jest Pierwszą Córką Domu Morrighanów, królestwa bogatego w tradycje, obyczaje i opowieści o minionych czasach. Ma wyjść za mąż za księcia z obcego królestwa w celu zawarcia politycznego sojuszu, jednak w dniu swojego ślubu ucieka. Ucieka przed małżeństwem z nieznanym jej mężczyzną, przed obowiązkami i tradycjami, których nie może znieść. Lia razem ze swoją najlepszą przyjaciółką znajduje schronienie w odległej wsi, gdzie pragnie rozpocząć nowe życie. Pewnego dnia w karczmie, w której pracuje, pojawia się dwóch tajemniczych mężczyzn, którzy od razu przyciągają uwagę dziewczyny. Lia jednak nie wie, że jeden z nich jest odtrąconym przez nią księciem, natomiast drugi to zabójca, który ma odebrać jej życie. Kiedy jednak poznają oni dziewczynę bliżej, przekonują się, że odbiega ona bardzo od ich wyobrażeń, a powierzone im zadania stają się o wiele trudniejsze do wykonania. Lia natomiast odkrywa, że nie może uciec od przeszłości i przeznaczenia, które się o nią upomina, a decyzja, którą musi podjąć, postawi na szali jej wolność i życie.

Powieść Mary E. Pearson, której tytuł w oryginale brzmi The Kiss of Deception, osiągnęła sukces za granicą i już od kilku lat miałam nadzieję, że któreś z polskich wydawnictw zdecyduje się wydać tę książkę u nas. Po bardzo długim czasie, długim, ponieważ została już wydana cała trylogia, która w Polsce nosi tytuł Kronik Ocalałych, w końcu doczekaliśmy się wydania jej pierwszego tomu. Od bardzo dawna chciałam zapoznać się z twórczością Mary E. Pearson i choć polska okładka bardzo mi się nie podoba, to nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po tę książkę.

W Fałszywym pocałunku została zastosowana narracja pierwszoosobowa i choć zazwyczaj za nią nie przepadam, to jednak idealnie pasuje ona do tej powieści. W książce pojawiają się rozdziały z perspektywy: Lii, Księcia, Zabójcy, Rafe'a oraz Kadena. Kim są Rafe i Kaden? To dwaj mężczyźni, którzy przybywają do wioski, aby obserwować Lię. Jak można się domyślić, jeden z nich jest księciem, a drugi zabójcą. Autorka jednak przez ponad połowę książki stara się wywieść czytelnika w pole, tak zręcznie tworzy dialogi i rozdziały z poszczególnych perspektyw, aby czytający nie miał pewności, który z mężczyzn przybył poznać Lię, a który ma zamiar ją zamordować. Muszę przyznać, że ja akurat szybko zorientowałam się, kto jest kim, ale oczywiście bardzo doceniam pomysł, który według mnie jest bardzo oryginalny. 

Książka ma ponad pięćset stron, jednak podczas czytania wcale się tego nie odczuwa, gdyż styl autorki jest lekki, a fabuła interesująca. Historia wciągnęła mnie już od pierwszych stron i choć jest według mnie przewidywalna, to nie przeszkadzało mi to w czerpaniu przyjemności z lektury. Na początku niektórych rozdziałów pojawiają się również krótkie fragmenty ze starych dzieł i dokumentów, które są bardzo tajemnicze, nie ma konkretnego schematu, w jakim są rozmieszczone i sądzę, że poznamy ich cel dopiero w kolejnych tomach. Jestem również bardzo miło zaskoczona bohaterami, a w szczególności Lią, która jest myślącą główną bohaterką, sprzeciwia się przygotowanej dla niej przyszłości, ma odwagę uciec i zacząć żyć jak zwykła dziewczyna. W książce pojawia się trójkąt miłosny, jednak na szczęście nie wysuwa się on na pierwszy plan i choć dziewczyna jest zauroczona dwójką bohaterów, to jednak bardzo szybko dokonuje wyboru pomiędzy nimi.

Fałszywy pocałunek pozytywnie mnie zaskoczył. Po tak wielu pochlebnych opiniach byłam dość sceptycznie nastawiona i obawiałam się, że książka nie dorówna moim oczekiwaniom. Mimo to jestem jednak nią oczarowana. To bardzo dobry początek trylogii, która na pewno jeszcze niejeden raz mnie zaskoczy. Mam nadzieję, że wydawnictwo nie będzie zwlekać z wydaniem kolejnych tomów, ponieważ zakończenie sprawiło, że jak najszybciej chciałabym się już zabrać za kontynuację. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Initium

Zobacz więcej >

Wszyscy do pewnego stopnia mamy wybór, jak chcemy ukształtować swoją osobowość

Caddy i Rosie są najlepszymi przyjaciółkami, choć uczęszczają do różnych szkół. Wiele je dzieli, jednak jeszcze więcej łączy.  Caddy jest typową szarą myszką, jednak chciałaby być bardziej podobna do swojej przyjaciółki. Rosie jest jej całkowitym przeciwieństwem, wyróżnia się odwagą, jest zabawna i przebojowa. Nagle w życie przyjaciółek wkracza nowa dziewczyna – Suzanne, która skrywa pewną mroczną tajemnicę i jeszcze bardziej wszystko komplikuje. Kłopoty mnożą się w bardzo szybkim tempie, sytuacja wymyka się spod kontroli, a przeszłość Suzanne zaczyna powoli wychodzić na jaw.

O Pięknych złamanych sercach słyszałam jeszcze przed premierą tej książki w Polsce. Było o niej dość głośno za sprawą klubu czytelniczego Zoe Sugg, zbierała również same pozytywne opinie. Miałam zamiar sięgnąć po tę powieść w oryginale, dlatego bardzo ucieszyłam się na wiadomość, że zostanie u nas wydana. Nie mogę nie wspomnieć o pięknej okładce, która od razu rzuca się w oczy, jednak bardzo żałuję, że treść książki niestety nie okazała się równie zachwycająca.

Po przeczytaniu opisu można się spodziewać, że będzie to lekka i przyjemna książka o przyjaźni i problemach nastolatek. Nic bardziej mylnego, ponieważ powieść Sary Barnard porusza ważny i obecny temat, którym jest przemoc w rodzinie. Podoba mi się sposób, w jaki autorka przedstawiła ten problem w swojej książce. Nie jest to sytuacja, z której łatwo można uciec, nieważne jak bardzo byśmy tego pragnęli i dokładali wszelkich starań, co właśnie próbuje ukazać Sara Barnard. Z tego powodu powieści na pewno nie można zaliczyć do wesołych czy przyjemnych lektur. Czyta się ją jednak bardzo szybko, co ma związek z nieskomplikowanym i bardzo przystępnym stylem pisania autorki.

Drugim najważniejszym wątkiem jest przyjaźń oraz typowe nastoletnie życie. Tutaj nie było zaskoczenia, ponieważ autorka skorzystała ze schematu i przedstawiła nastolatki jako pijące, imprezujące i nieodpowiedzialne dziewczyny. Jest to wielokrotnie powielany obraz młodzieży, według mnie bardzo krzywdzący i przesadzony, ponieważ naprawdę nie każda szesnastoletnia dziewczyna marzy o tym, aby znaleźć sobie chłopaka i stracić dziewictwo. Co do poszczególnych bohaterów, to ich kreacja nie zachwyca. Autorka stworzyła bardzo stereotypowe postacie, które nie mają nic nowego i ciekawego do zaoferowania. Nie zżyłam się z nimi ani jakoś szczególnie ich nie polubiłam.

Piękne złamane serca to w głównej mierze powieść o przyjaźni. Porusza ona ważny temat, który został przedstawiony w przystępny dla czytelnika sposób. Książka Sary Barnard nie spodobała mi się jednak aż tak bardzo, jak się tego spodziewałam. W swoim życiu przeczytałam wiele powieści o podobnej tematyce, dlatego nie znalazłam w tej książce niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć. Na pewno ma ona swoje zalety i wady. Nie jest całkowitym rozczarowaniem, jednak według mnie to nadal bardzo przeciętna książka. Skierowana jest głównie do nastolatek, jednak każdy, kogo interesuje wątek przyjaźni i przemocy w rodzinie oczywiście może po nią sięgnąć. Radzę jednak nie mieć wielkich oczekiwań wobec powieści, ponieważ może ona ich nie spełnić. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Insignis

Zobacz więcej >

Lepiej jest zajść niedaleko, niż pozostać w miejscu



W Dogewie – krainie zamieszkiwanej przez wampiry i inne stwory dzieją się złe i tajemnicze rzeczy. Coraz więcej istoto traci życie, a magicy wysyłani na ratunek znikają bez śladu. Starsi i bardziej doświadczeni polegli, właśnie dlatego do akcji wkracza Wolha Redna  – wiedźma, wybrana przez swojego mistrza do rozwiązania zagadki. Jest ona jedyną kobietą na typowo męskim wydziale magii, posiada talent do sztuki magicznej i nieprzeciętną inteligencję. Czy uda jej się sprostać zadaniu, kiedy wszyscy inni zawiedli? 

Zawód Wiedźma to pierwszy tom Kronik Belorskich autorstwa białoruskiej pisarki fantasy Olgi Gromyko. Miałam już kiedyś okazję zapoznać się z jej twórczością podczas lektury Szczurynek. Była to jednak bardzo króciutka książeczka opowiadająca o sytuacjach z życia autorki, więc nie zaprezentowała ona jej wszystkich możliwości. Fantastyka to mój ulubiony gatunek, a na temat tej autorki nie słyszałam złego słowa. Właśnie dlatego z okazji wznowienia jej najpopularniejszej serii w Polsce, postanowiłam zapoznać się z pierwszym tomem opowiadającym o przygodach Wolhy Rednej. 

Wolha Redna jest niesamowicie barwną postacią. Osiemnastolatka, która jako jedna z nielicznych dotrwała do VIII roku w Starmińskiej Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Autorce udało się stworzyć bohaterkę, do której zapałałam sympatią już od pierwszych stron. Wolha jest odważna, można by rzec, że wręcz heroiczna, pełna pomysłów, ciekawska, a w dodatku to mistrz ciętej riposty. I jak tu jej nie polubić. Szczególnie że żyje w świecie tak fantastycznym, jak to tylko możliwe. W książce Olgi Gromyko nie brak magicznych istot, takich jak: wampiry, trolle, jednorożce, bazyliszki, smoki, a nawet zombie. Krótko mówiąc, jeden wielki miszmasz. 

Fabuła książki może nie jest jakoś szczególnie odkrywcza i bardzo wiele można łatwo przewidzieć, to jednak zdecydowanie historia nadrabia wszystko humorem, który wręcz wylewa się z kart powieści. Znajdziemy tu humor w każdej postaci. Nie brak zabawnych bohaterów, śmiesznych sytuacji oraz rozbrajających żartów. W dodatku cała książka jest napisana lekkim i przystępnym językiem, nie mamy tu zbędnych opisów, czy ozdobników, autorka podobnie, jak główna bohaterka jest bardzo bezpośrednia. 

Zawód Wiedźma to książka pełna magii, magicznych istot oraz humoru. To bardzo dobry początek serii, która zapowiada się niezwykle obiecująco. Chociaż książka jest nierówna, ponieważ w niektórych momentach wiele się dzieje, a w innych zaczyna nas już powoli dopadać nuda, to jednak warto przeczytać książkę do końca. Jeżeli szukacie lekkiej, wciągającej powieści, która zapewni Wam sporą dawkę humoru i magii, to Zawód Wiedźma idealnie sprawdzi się w tej roli. 


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Internetowej Gandalf.com.pl

Zobacz więcej >

Ludzie, których powinniśmy znać najlepiej, okazują się obcy, a ci niemal obcy nagle stają się jak rodzina

Jedna dziewczyna zobaczy świat po raz pierwszy, natomiast druga już nigdy nie spojrzy na niego w ten sam sposób. Gemma jest zakompleksioną nastolatką, bardzo chorowitą, przez co sporą część życia spędziła w szpitalach. Nie ma przyjaciół, rówieśnicy się z niej naśmiewają, a rodzice przejawiają nadopiekuńczość. Gemma nie waha wziąć udziału w wycieczce na Florydę, kiedy tylko pojawia się taka okazja. Rodzice jednak zakazują jej wyjazdu w ostatniej chwili. Dziewczyna przypadkowo podsłuchuje ich rozmowę i tak dowiaduje się o tajemniczej klinice Haven znajdującej się niedaleko miejsca, w które miała się wybrać. Gemma ucieka z domu, aby samodzielnie zbadać sprawę. Co odkryje? Jak wpłynie to na jej życie? I co łączy ją z Lirą, którą spotkała na swojej drodze?

Z twórczością Lauren Oliver miałam już do czynienia wielokrotnie. Zaczęłam dość niefortunnie z jej trylogią Delirium, która nie przypadła mi do gustu. Później przeczytałam Panikę, która okazała się o wiele lepsza. Z tego powodu postanowiłam sięgnąć po jej najnowszą książkę Replikę, która przyciągnęła mnie swoją ciekawą konstrukcją, by zobaczyć, jak tym razem poradziła sobie autorka.

Już na samym początku w oczy rzuca się wyjątkowa budowa książki. Z jednej strony mamy historię Liry, natomiast po obróceniu książki znajdujemy historię Gemmy. Wbrew pozorom nie jest to aż tak interesujące, jak mogłoby się wydawać. Miałam sposobność czytać książki, których autorzy potrafili sprawnie operować o wiele większą liczbą punktów widzenia. Książka Oliver różni się tylko tym, że niektóre rzeczy się powtarzają, ponieważ są przedstawione zarówno w historii Gemmy, jak i Liry. Ja zdecydowałam się czytać obie części na zmianę i uważam to za najlepszy sposób, ponieważ dzięki temu nie zdradzicie sobie nic z fabuły. Oczywiście, jeśli macie ochotę, możecie najpierw przeczytać historię Gemmy, a potem Liry i na odwrót.

Gemma i Lira to dwie z pozoru całkiem różnie dziewczyny. Na pierwszy rzut oka nie łączy je nic. Gemma posiada rodziców, natomiast Lira nie. Lira obawia się choroby, kiedy Gemma nieustannie choruje. Jedna jest człowiekiem, a druga repliką. Obie chcą jednak posmakować życia i decydować o sobie samej, oczywiście każda na swój własny sposób. Żadnej z nich nie polubiłam jakoś szczególnie, jednak jeśli miałabym wybierać, to mój wybór padłby na Lirę. Obie dziewczyny spoglądają na świat inaczej, jednak punkt widzenia Liry i to głównie z powodu tego, że jest repliką, wydawała mi się o wiele ciekawszy.

Replika to historia, która ma swoje wady i zalety. Na pewno nie jest ona odkrywcza ani szczególnie interesująca. Stworzona głównie dla rozrywki, nie zapada na długo w pamięć, ale taka jest według mnie cała twórczość Lauren Oliver. Autorka ma lekkie pióro, idealne dla powieści młodzieżowych, potrafi również budować atmosferę, gdyż do samego końca historie obu dziewczyn są owiane tajemnicą. Fani autorki nie powinni być zawiedzeni, jednak osoby, które szukają ciekawej i wciągającej powieści młodzieżowej mogą czuć rozczarowanie, gdyż ta historia jest po prostu przeciętna i nie wyróżnia się niczym szczególnym na tle innych.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte
Zobacz więcej >

Ci, którzy wiedzą, jak jest w ciemnościach, zrobią wszystko, by pozostać w świetle

Mare poniosła porażkę. Teraz jest skazana na łaskę swojego największego wroga. On natomiast pogrąża się coraz bardziej w kłopotach, a jego obsesja na punkcie dziewczyny od błyskawic nie daje mu spokoju. Jej towarzysze nie mają jednak zamiaru poddać się tak łatwo. Poza murami pałacu daleko od Mare dobrze ukryci zbierają siły. Co przyniesie wojna? Kto zwycięży, a kto okaże się przegranym? Niedługo Norta, jaką znała dziewczyna, spłonie i nic już nie będzie takie samo.

Swoją przygodę z serią Victorii Aveyard rozpoczęłam niedługo po premierze jej pierwszego tomu w Polsce. Książka zebrała zarówno wiele pozytywnych, jak i negatywnych opinii. Jedni jej nie znosili, inni natomiast zakochali się w debiucie autorki. Czerwona królowa podobała mi się, choć oczywiście nie była pozbawiona wad, to jednak uznałam ją za obiecujący początek. Potem jednak przyszła kolej na kontynuację, czyli Szklany miecz, która już aż tak bardzo mnie nie zachwyciła. Miałam nadzieję, że jednak autorka zrehabilituje się w trzecim tomie. Czy jej się udało?

Książka rozpoczyna się około miesiąca po zakończeniu Szklanego miecza. Mare trafiła do niewoli, jednak nie jest zwykłym więźniem, gdyż młodociany i szalony król zamierza ją wykorzystać do swoich celów. Tym jednym zdaniem można mniej więcej opisać, co dzieje się na prawie trzystu pięćdziesięciu stronach. Mniej więcej, dlatego że w tym tomie dochodzą również dwa, całkiem nowe punkty widzenia, które są nawet jeszcze gorsze od punktu widzenia Mare. Cała książka jest dość obszerna, ma ponad pięćset stron, jednak tak naprawdę nic one nie wnoszą. Mam wrażenie, że ta historia stoi w miejscu, oczywiście bohaterowie walczą i toczą kolejne potyczki, ale nie posuwają one tej serii naprzód. Są Srebrni i Czerwoni, jedni walczą z drugimi, a do tej wojny przyłączają się jeszcze Nowi. Raz szala przechyla się na jedną, a raz na drugą stronę.

Książkę tworzą bohaterowie, otoczenie i pomysł na fabułę. Uważam, że najważniejsi są bohaterowie, gdyż nawet jeżeli trafimy na kiepską historię z dobrze nakreślonymi bohaterami, którymi chcemy kibicować, to na pewno nie będzie ona kompletną porażką. Gorzej jest, kiedy mamy ciekawy pomysł i interesujące otoczenie, ale nie możemy znieść bohaterów, wtedy nawet nie chcemy dalej o nich czytać. Właśnie w Królewskiej klatce i całej serii mamy bohaterów, którzy irytują i przyprawiają o ból głowy. W pierwszym tomie nie było to bardzo widoczne, ale w kolejnych częściach dostrzegamy, że postacie nic a nic się nie zmieniają, nie uczą się na swoich błędach, nie potrafią wyciągać wniosków, ani podejmować sensownych decyzji. Mare jest jedną z gorszych głównych bohaterek, z jakimi miałam do czynienia i bardzo ciężko czytało mi się tę książkę, ponieważ w większości poznajemy wydarzenia z jej perspektywy. Nawet Cal, którego na początku lubiłam, nie popisał się i zmienił w  naprawdę marną postać.

Królewska klatka jest mniej więcej na tym samym poziomie, co Szklany miecz, a nawet mogę napisać, że okazała się od niego gorsza. Wyraźną i być może jedyną zaletą tej powieści jest poprawa stylu autorki, którą można dostrzec już na samum początku. To jednak koniec pozytywów, ponieważ przez prawie całą książkę nic się nie dzieje, cały czas krążymy wokół tego samego tematu, a towarzyszą nam płascy i irytujący bohaterowie. W przyszłym roku ma ukazać się ostatni tom tej serii, chyba że autorka wymyśli coś jeszcze, ale mam szczerą nadzieję, że nie. Oczywiście zamierzam przeczytać finał, ponieważ nadal nie tracę nadziei, że czarny charakter wygra i uratuje tę historię.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte

Zobacz więcej >

Życie to igraszka bogów i próżno szukać w nim sprawiedliwości


Król Brytanii Uther żegna się z życiem. Prawowitym następcą tronu jest książę Mordred – niepełnosprawne niemowlę, wnuk zmarłego władcy. Odejście tak znakomitego przywódcy zwiastuje nadejście ciężkich czasów i doprowadza do wewnętrznych podziałów. Rozpoczyna się walka o władzę, a armie saskie szykują się do najazdu na pogrążoną w chaosie Brytanię. Pomoc przychodzi z nieoczekiwanej strony. Artur – bękart zmarłego króla, który dzierży zaklęty miecz Excalibur, będący darem od czarownika Merlina, ma zamiar stawić czoła saksońskiej furii oraz zjednoczyć wszystkie kraje. Czy jego przeznaczeniem będzie zwycięstwo?

Bernard Cornwell jest angielskim pisarzem, autorem thrillerów i powieści historycznych, mieszkającym na stałe w Stanach Zjednoczonych. W swoim dorobku ma wiele tytułów o rozmaitej tematyce, a najpopularniejszym z nich jest cykl opisujący dzieje Richarda Sharpe’a – angielskiego żołnierza biorącego udział w wojnach napoleońskich. Choć słyszałam o tym autorze wiele pochlebnych opinii, to jednak nie sięgam często po thrillery, a jeszcze rzadziej zaczytuję się w powieściach historycznych, dlatego nie miałam wcześniej okazji zapoznać się z jego twórczością. Wydawnictwo Otwarte postanowiło jednak wznowić pierwszy tom Trylogii arturiańskiej w przepięknej szacie graficznej, a ja jako wielka fanka tematu nie mogłam sobie odmówić zapoznania się z tą powieścią.

Bernard Cornwell sięga po jeden z najbardziej wysłużonych w literaturze i filmie tematów, którym są legendy arturiańskie. Bo czy znajdzie się ktoś, kto nie słyszał o Królu Arturze i jego Rycerzach Okrągłego stołu? O sławnym Excaliburze i czarowniku Merlinie? Ja słyszałam, czytałam i oglądałam bardzo wiele, a mimo to nadal nie odczuwam znużenia i z wielką chęcią sięgam po historię Króla Artura w każdej odsłonie, bo było ich już całkiem sporo, a mianowicie na smutno, wesoło, nieco fantazyjnie, a nawet melancholijnie. Jak postanowił zaprezentować nam tę opowieść Bernard Cornwell? Autor stara się przedstawić wszystko czytelnikowi z dużą dozą autentyzmu i nie ogranicza tego tylko do jednej płaszczyzny. Skupia się na odrębnych elementach świata przedstawionego, a poszczególne wydarzenia pełnią w książce konkretną rolę.

Całą historię poznajemy dzięki Sasowi imieniem Derfel, który był najpierw podopiecznym Merlina, a później stał się jednym z Wojowników Artura. Mężczyzna spisuje swoje wspomnienia, które mamy okazję czytać na kartach tej książki. Derfel jest sumiennym narratorem, który oddaje wszystko bardzo wiernie, stara się nie oceniać, choć nie boi się wyrazić własnego zdania. Bohaterowie wykreowani przez Cornwella nie są wyidealizowani, pozornie tylko utrzymani w chwale rycerskich ideałów zostają przez autora całkowicie zdemaskowani. Artur, choć rzeczywiście jest wielkim przywódcą i wspaniałym wojownikiem, to jednak jest także porywczym, egoistycznym i lekkomyślnym idealistą. Ginewra to nie łagodna i subtelna kobieta, ale ambitna i pewna siebie intrygantka. Autor przedstawia bohaterów w całkiem innych świetle, co zdecydowanie dodaje im świeżości.

Zimowy monarcha jest w pewnym sensie mieszanką gatunków, która prezentuje się bardzo przyzwoicie. Z jednej strony jest to powieść historyczna, zawierające wiele przydatnych informacji, choć nierzadko autor manipuluje źródłami, a z drugiej książka przygodowa zapewniająca czytelnikowi radość z czytania bez względu na powód, z jakiego po nią sięgnął. Powieść Cornwella napisana jest lekkim i przystępnym językiem stylizowanym na średniowiecze, który sprawia, że przez tę książkę się płynie. To świetny początek trylogii, której kontynuacji już nie mogę się doczekać.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Otwarte


Zobacz więcej >

Nie istnieje droga na skróty

Izabela Trent jest najwybitniejszą na świecie specjalistką od smoków. Ta niezwykła, pełna zapału kobieta o duszy pioniera wyprowadziła naukę o tych tajemniczych stworzeniach z cieni mitów, domysłów i nieporozumień w świat współczesnej nauki. Zaryzykowała swoją reputację i perspektywy, by zaspokoić wrodzoną ciekawość i oddać się całkowicie badaniom nad smokami, które miały zaspokoić jej wrodzoną ciekawość. Jak udało jej się osiągnąć to wszystko w świecie, w którym kobiety nie zajmują się nauką? To już dłuższa historia, a zaczęła się dość niewinnie od jednej wyprawy, gdzie Izabela dokonała pierwszego ze swoich licznych odkryć.

Historia naturalna smoków jest pierwszym tomem serii Pamiętnik Lady Trent. Fabuła rozgrywa się w świecie, gdzie smoki nie są tylko fantazją, ale powszechnie występującym gatunkiem. Lady Izabela Trent mieszka w Scirlandii, która do złudzenia przypomina wiktoriańską Anglię. Jest kobietą, co automatycznie degraduje ją do roli kury domowej, a jej specyficzne zainteresowania spotykają się z politowaniem i kpinami. Kobieta nie ma jednak zamiaru porzucać swojej pasji i na szczęście zawiera korzystne małżeństwo z mężczyzną, który podziela jej pociąg do smoków.

Książka jest stylizowana na pamiętnik, mamy tu zastosowaną narrację pierwszoosobową, jednak nie jest to historia młodej dziewczyny, która na bieżąco spisuje swoje przygody, ale opowieść starszej kobiety, która zyskała sławę dzięki swojej determinacji i niegasnącej ciekawości. Izabela Trent jest już w podeszłym wieku, ale swoją historię zaczyna od samego początku, czyli dzieciństwa i jej pierwszych kontaktów ze smokami. Jest to pierwszy tom serii, dlatego jest to dopiero początek, w tej części skupiamy się zaledwie na jednej wyprawie, oczywiście ważnej, jednak w ciągu całego życia lady Trent wydarzyło się na pewno o wiele więcej i spotkała ją niejedna interesująca przygoda.

Historia naturalna smoków to wciągająca i zajmująca opowieść, napisana pięknym językiem, w której mamy okazję spojrzeć na smoki od bardziej naukowej strony. Wielokrotnie miałam styczność z tymi stworzeniami na kartach książek, jednak tak naprawdę posiadałam na ich temat tylko podstawowe informacje. Marie Brennan w swojej książce nie przedstawia smoków jako fantastycznych stworów, a raczej jako zwierzęta, co sprawia, że patrzymy na historię z całkiem nowej perspektywy. Doprowadza to również do tego, że odbieram tę książkę bardziej jako powieść przygodową niż typową fantastykę, bo choć świat jest całkiem nowy, to nie różni się aż tak bardzo od naszego.

Historia naturalna smoków to bardzo dobry początek ciekawie zapowiadającej się serii. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach historia nabierze tempa i rozmachu, bo tego właśnie momentami brakowało mi w tej części. Jest to historia o smokach oraz walce o swoje marzenia, która powinna przypaść do gustu czytelnikom w każdym wieku. Jeśli podzielacie zainteresowanie lady Trent i pragniecie zgłębić tajemnice nauki o tych niezwykłych stworzeniach, to książka Marie Brennan na pewno Wam to umożliwi. 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka


Zobacz więcej >

Był czas, że ciemność spowijała świat, i ta ciemność miała królową


Adelina osiągnęła swój cel. Mogłoby się wydawać, że ma już wszystko, czego pragnęła, jednak jej ambicja nie zna granic. Biała Wilczyca otoczona sojusznikami chce dokonać całkowitej zemsty na tych, którzy ją zdradzili i porzucili. Mrok w jej wnętrzu zaczyna jednak wymykać się spod kontroli. Adelinie nieustannie towarzyszą szepty, które wciągają ją jeszcze bardziej w ciemność, grożąc utracie wszystkiemu, co zdobyła. Dziewczyna musi połączyć siły ze Sztyletami i udać się w podróż, która ma na celu ocalenie całego świata i wszystkich malfetto. Czy uda im się tego dokonać?

Ponad dwa lata temu przeczytałam pierwszy tom trylogii Malfetto. Mroczne piętno oczarowało mnie i z niecierpliwością wyczekiwałam kontynuacji, z którą zapoznałam się w zeszłym roku. Drużyna róży sprostała moim oczekiwaniom i sprawiła, że równie mocno nie mogłam się doczekać finału, z którym wiązałam wielkie nadzieje. Czy Marie Lu udało się zakończyć tę trylogię w odpowiedni sposób?

Fabuła Północnej gwiazdy rozpoczyna się rok po zakończeniu Drużyny Róży. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiego dużego przeskoku w czasie, ale uważam, że było to świetne posunięcie ze strony autorki. Przez ten rok jak przypuszczam, nie wydarzyło się za wiele, a ominięcie go pozwoliło przejść od razu do najważniejszej części, czyli podróży, którą odbywają bohaterowie w tym tomie. Stan umysłu Adeliny nie prezentuje się najlepiej, na jaw wychodzą zaskakujące fakty i tym sposobem, aby ocalić cały świat, dziewczyna musi połączyć siły ze swoimi wrogami i niegdysiejszymi przyjaciółmi, aby spróbować go ocalić. Pierwsza połowa książki to wydarzenia, które prowadzą do zjednoczenia wrogów, a dopiero w drugiej części powieści odbywamy razem z bohaterami wędrówkę na daleką północ, która kryje wszystkie odpowiedzi. 

Marie Lu w końcu zdecydowała się podzielić z nami szczegółami dotyczącymi malfetto. Dowiadujemy się, czego byli skutkiem i w jaki sposób powstali. Nie do końca spodziewałam się akurat tego, ale jestem zadowolona z kierunku, jaki obrała autorka. W tym tomie podobnie jak w poprzednich mamy do czynienia z różnymi punktami widzenia. Pióro autorki jest lekkie, a przez całą historię po prostu się płynie. Pojawiają się tu sceny drastyczne, smutne, ale również subtelne, które trafiają prosto w serce.

Jedyne zastrzeżenie, jakie mam do tej książki, to jej długość. Północna gwiazda jest najkrótszym ze wszystkich tomów tej trylogii i liczy sobie nieco ponad trzysta stron. Po przeczytaniu miałam wrażenie, że autorka wyznaczyła sobie limit, którego chciała się usilnie trzymać, ponieważ ta historia mogła zostać o wiele bardziej rozwinięta. Marie Lu jak na mój gust przesadziła trochę z przeskokami czasowymi, gdyż mieliśmy na przykład bardzo dynamiczną scenę, po której przenosiliśmy się o kilka dni do kolejnego interesującego momentu. Z jednej strony pomagało to utrzymać zainteresowanie czytelnika, jednak z drugiej burzyło nieco sposób w jaki odczuwałam upływ czasu w tej książce. 

Zakończenie Północnej gwiazdy nie zwala z nóg, nie wprawia w osłupienie, jednak jest za to bardzo poruszające. Spodziewałam się, jak autorka postanowi zakończyć historię Adeliny i moje przypuszczenia okazały się prawdziwe, jednak jeszcze na samym końcu Marie Lu zaskoczyła mnie, oczywiście w pozytywny sposób niewielkim akcentem i nawiązaniem do baśni ludowych. Całą trylogię zaliczam do bardzo udanych, jest to pełna wrażeń i emocji historia, w której główną rolę gra w pewnym sensie czarny charakter. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z tą trylogią, to gorąco Was do tego zachęcam, ponieważ nie powinniście czuć się rozczarowani. 



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa
Zobacz więcej >

Każda forma sztuki to inny sposób spoglądania na świat

Rodzice Marguerite Caine są sławnymi fizykami, zakochanymi w teorii istnienia równoległych wymiarów. Światło dzienne ujrzał właśnie ich najbardziej niezwykły wynalazek. Firebird – maszyna pozwalającą podróżować pomiędzy równoległymi wymiarami i mogącą zrewolucjonizować naukę. Wtedy dochodzi jednak do tragedii. Ojciec Marguerite zostaje zamordowany, badania dotyczące Firebirda zniszczone, przystojny i małomówny Paul Markov, będący jednym z dwóch zaufanych asystentów rodziców dziewczyny i jednocześnie prawdopodobnym sprawcą ucieka do innego wymiaru. Marguerite przepełnia nienawiść, dziewczyna nie zamierza pozwolić, aby winny uniknął kary, dlatego decyduje się na ryzykowny krok i razem z drugim asystentem o imieniu Theo udaje się w pogoń za Paulem.

O powieści Caludii Gray po raz pierwszy usłyszałam na długo przed jej premierą w Polsce. Moją uwagę przyciągnęła oczywiście piękna okładka, o której nie słyszałam jeszcze złego słowa. Inaczej było w przypadku fabuły, bo tu zdania są wyraźnie podzielone. Sama jestem bardzo zafascynowana teorią dotyczącą równoległych wymiarów, dlatego nie mogłam sobie odmówić sięgnięcia po Tysiąc odłamków ciebie, która w końcu doczekała się premiery w Polsce.

Tysiąc odłamków ciebie jest pierwszym tomem trylogii Firebird, który przenosi czytelników do niezwykłej rzeczywistości, gdzie równoległe wymiary nie tylko teorią, ale istnieją naprawdę. Autorka od pierwszych stron rzuca nas w wir akcji, a wydarzenia z każdym kolejnym rozdziałem nabierają tempa. Przez całą książę podróżujemy pomiędzy wymiarami, dzięki Firebird możemy przenieść się do innej rzeczywistości, ale tylko do takiej, w której istniejemy. Musimy przy okazji zmierzyć się z różnicami otaczającego nas świata, ponieważ możemy trafić zarówno do przyszłości, jak i do przeszłości. Claudia Gray według mnie bardzo dobrze poradziła sobie z zestawieniem dwóch odmiennych środowisk, gdyż Marguerite przyszło zmierzyć się z rolą bywalczyni klubów w futurystycznym świecie oraz posiadaczką zaszczytnego tytułu w carskiej Rosji.

Największym minusem w tej książce jest dla mnie wątek romantyczny, który momentami nie był już tylko tłem, przesłaniał rozgrywające się wydarzenia. Nie przeszkadzałoby mi może to tak bardzo, gdyby nie nieustające przypomnienia ze strony głównej bohaterki w postaci jej miłosnych rozterek. Zdecydowanie mogłabym bez tego żyć i książka sama w sobie również mogłaby stać się bardziej interesująca. Co do samej bohaterki mam mieszane uczucia, gdyż z jednej strony urzekła mnie wspólną pasją, którą jest sztuka i w większości przypadków zachowała zdrowy rozsądek, to jednak z drugiej strony jej niezdecydowanie względem dwóch asystentów zdecydowanie mi zawadzało.

Tysiąc odłamków ciebie to lekka i ciekawa powieść, która wciąga czytelnika do świata pełnego alternatywnych rzeczywistości. Choć nie jest pozbawiona wad, to jednak nadal dostarcza sporej dawki rozrywki. Czytelnik nie może narzekać na nudę, mamy tu morderstwo, zdradę, różne oblicza miłości, politykę, naukę, sztukę i o wiele więcej. Jest to dobry początek interesującej trylogii, dlatego mam nadzieję, że kolejne tomy utrzymają podobny poziom, a może nawet okażą się jeszcze lepsze.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni internetowej Selkar.pl


Zobacz więcej >

Kres Epików

Ponad dziesięć lat temu Calamity rozświetliła niebo i stworzyła Epików. David Charleston nigdy nie zapomniał tej pamiętnej nocy. Od tego czasu wiele przeszedł. Teraz stoi przed kolejnym wyzwaniem. Jego przyjaciel, człowiek, któremu ufał i którego podziwiał, przeszedł na drugą stronę i stał się jego najgroźniejszym przeciwnikiem. David wierzy jednak, że odkupienie dla Epików jest możliwe. Nie stracił nadziei, że uda się go uratować i jest gotów zrobić wszystko, aby tego dokonać.

Brandon Sanderson należy do grona moich ulubionych autorów, o czym wspominałam już nie raz. Na zwieńczenie trylogii Mściciele czekałam od dawna i z wielką niecierpliwością wypatrywałam jakichkolwiek informacji na temat premiery. Kiedy książka w końcu trafiła w moje ręce, z jednej strony nie mogłam się doczekać poznania dalszych losów bohaterów szczególnie po zakończeniu poprzedniego tomu, ale z drugiej było mi strasznie przykro, że to już koniec tej historii i z wielkim smutkiem obserwowałam kurczącą się liczbę stron podczas czytania.

Akcja Calamity rozpoczyna się niedługo po wydarzeniach, które rozegrały się w zakończeniu Pożaru. Bohaterowie znaleźli się w ciężkim położeniu, mają ograniczone pole manewru, dlatego decydują się, jak to mają w zwyczaju na szaloną akcję. Powrót do tego świata był czystą przyjemnością, dopóki nie zaczęłam czytać, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo tęskniłam za bohaterami i rzeczywistością wykreowaną przez Sandersona oraz oczywiście za jego humorem, którego tutaj nie brakuje. Po raz kolejny razem z Davidem i Mścicielami zmieniamy położenie i przenosimy się do kolejnego niezwykłego miasta, tym razem w całości stworzonego z soli, którym jest Atlanta nazwana Ildithią. Ponownie Sanderson nie zawodzi, miesza oraz łączy science fiction z fantastyką i świetnie mu to wychodzi, a książka dzięki temu jest jeszcze bardziej interesująca. 

Calamity podobnie jak dwa poprzednie tomy czyta się niesamowicie szybko, szczególnie że nie ustępuje on poprzednim pod względem akcji, która pędzi w zawrotnym tempie. Zostaje rozwinięty wątek z poprzedniej części o alternatywnych rzeczywistościach oraz w końcu otrzymujemy upragnione odpowiedzi na pytania dotyczące Epików. Nie są one jednak tak wyczerpujące, jak miałam na to nadzieję i z jednej strony jestem zadowolona z zakończenia, ale z drugiej czuję niedosyt. Według mnie ta książka jest za krótka, autor mógł o wiele bardziej rozwinąć ten tom i zaserwować czytelnikom rozbudowane zakończenie. Dużą część tej powieści zajmują sceny walk, a szczególnie finałowa potyczka, po której Sanderson rozwiązuje wszystko na kilku stronach i zostawia nas z w pewnym sensie otwartym zakończeniem. Zazwyczaj mi to nie odpowiada i choć nie dowiedziałam się wszystkiego, czego bym chciała, to jednak te ostatnie strony oraz epilog są bardzo dobre i trafiają czytelnika prosto w serce. 

Calamity to bardzo dobre zakończenie pełnej emocji i wartkiej akcji trylogii o Mścicielach. Według mnie nie dorównuje ona fantastycznym seriom autora, ale nadal jest to bardzo dobra historia, przy której fani science fiction na pewno będą się świetnie bawić. To inteligentna i dobrze skonstruowana trylogia, która dostarcza nie tylko wielu wrażeń, ale również czystej radości z czytania.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka
Zobacz więcej >

Naszego charakteru nie definiują bitwy, które wygrywamy czy przegrywamy, ale te, w których decydujemy się wziąć udział

Dwunastoletnia Serafina od lat zamieszkuje piwnice okazałej rezydencji Biltmore razem ze swoim ojcem, który pracuje w niej jako mechanik. Nikt oprócz niego nie ma pojęcia o jej istnieniu, jednak dziewczynka bardzo dobrze zna wszystkich mieszkańców i każdy kąt posiadłości należącej do państwa Vanderbiltów. Noc należy do niej, to wtedy Serafina wymyka się z piwnicy, aby wędrować korytarzami Biltmore. Spokój posiadłości i jej mieszkańców zostaje nagle zakłócony, gdyż w tajemniczych okolicznościach zaczynają znikać dzieci. Mężczyzna w czarnym płaszczu przemierza korytarze rezydencji i tylko Serafina jest gotowa ruszyć jego śladem i stawić mu czoła. Czy jej się uda?

Nie sięgam często po literaturę dla młodszych czytelników, ponieważ bardzo rzadko trafiam na pozycję, która potrafi mnie wciągnąć i zaskoczyć. Po raz pierwszy o Serafinie usłyszałam na długo przed wydaniem jej w Polsce, jednak wtedy nie zagłębiałam się w szczegóły, widziałam tylko zwiastun, nie czytałam opisu ani nie przeglądałam opinii na temat książki. Kiedy dowiedziałam się o jej wydaniu w Polsce, postanowiłam bliżej przyjrzeć się powieści Roberta Betty'ego i zobaczyć, co ma do zaoferowania.

Akcja książki toczy się w XIX wieku, a wydarzenia rozgrywają się w rezydencji Biltmore oraz na okolicznych terenach. Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że będzie to historia o dziewczynce, która spróbuje wcielić się w rolę detektywa i rozwikłać zagadkę, jednak nic bardziej mylnego, ponieważ książka Roberta Beatty'ego skrywa  na swoich kartach o wiele więcej. Magia jest tutaj obecna w o wiele większym stopniu, niż się tego spodziewałam. Nie odgrywa tylko tła, ma za to ogromne znaczenie dla całej fabuły. W tej nieco mrocznej książce autor zawarł dobrze znane motywy, takie jak przyjaźń czy więzi rodzinne, które według mnie bardzo dobrze współgrają z głównym wątkiem, którym jest walka z mężczyzną w czarnym płaszczu.

Już od pierwszych stron można dostrzec liczne nawiązania do klasyków grozy, po które pokusił się autor. Najbardziej rzuca się w oczy odniesienie do Frankensteina Marry Shelley, gdyż Serafina różni się od innych dzieci i nieustannie zadaje sobie pytania o swoją inność i tożsamość. Nie zabrakło także Edgara Allana Poe, który jest ulubionym pisarzem dziewczynki. Widać również wpływ Oscara Wilde'a i jego Portretu Doriana Graya, a wiąże się to z głównym antagonistą w książce.

Autor już od samego początku buduje atmosferę grozy i tajemnicy. Napięcie narasta stopniowo, w każdym kolejnym rozdziale Robert Beatty podsyca aurę lęku i strachu. Warto wspomnieć, że rezydencja Biltmore istnieje naprawdę i rzeczywiście jest dziełem George'a Vanderbilta. Do dziś pozostaje jedną z największych prywatnych posiadłości w Stanach Zjednoczonych, a autor świetnie wykorzystuje jej ogrom i tajemniczą otoczkę w budowaniu unikatowej atmosfery.

Serafina i czary płaszcz to interesująca pozycja, która na pewno przypadnie do gustu młodszym czytelnikom, którzy nie mieli jeszcze do czynienia z literaturą grozy. Ku mojemu zdziwieniu, ja również dobrze bawiłam się przy tej lekturze i bardzo chętnie zapoznam się z kolejnymi przygodami Serafiny.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Mamania

Zobacz więcej >

Stwórz legendę!


Gus jest w rozsypce. Jego kariera nabiera tempa, mężczyzna wyrusza w kolejną trasę koncertową, jednak nie potrafi się tym cieszyć. Stracił część siebie. Połowa jego serca, jego humoru i kreatywności odeszła. Nie ma pojęcia jak normalnie funkcjonować. Czy uda mu się stanąć na nogi?

Promyczka przeczytałam ponad rok temu i choć niedługo potem została wydana kontynuacja, to jednak nie mogłam zebrać się i sięgnąć po Gusa. Słyszałam, że jest o wiele lepszy od pierwszego tomu, bardziej emocjonujący i wzruszający, jednak mimo to odkładałam w czasie lekturę tej książki. Pierwszy tom wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie, choć był po części zlepkiem wielu innych powieści z gatunku New Adult, to jednak trudno było nie pokochać bohaterów wykreowanych przez Kim Holden, a w szczególności Gusa, który był najlepszym przyjacielem Kate i wielokrotnie pojawiał się na kartach książki. W rezultacie doczekał się również swojej powieści, bo kontynuacja, jak można się domyślić po tytule, jest skupiona na jego postaci.

Akcja książki rozpoczyna się praktycznie od razu po zakończeniu Promyczka. Nie mamy tu wielkiego przeskoku w czasie, dlatego już na początku spotykamy Gusa pogrążonego w żalu, tak różnego od tego radosnego i roześmianego mężczyzny, którego mieliśmy okazję poznać w Promyczku. W książce została zastosowana narracja pierwszoosobowa, dzięki czemu mamy możliwość zajrzenia do głowy głównego bohaterka. Widzimy jego smutek, złość, rozpacz, wszystkie uczucia, których doświadcza, co sprawia, że równie mocno przeżywamy sytuację, w której się znalazł.

Książki Kim Holden nie są odkrywcze ani oryginalne, jednak mają coś w sobie, że z trudem można się od nich oderwać. Autorka w swoich powieściach porusza trudne tematy, takie jak choroba, utrata bliskiej osoby czy depresja, jednak przedstawia to przystępny, a zarazem bardzo angażujący sposób. Gus nie jest krótką powieścią, ale jego przeczytanie zajęło mi zaledwie kilka godzin. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki autorka steruje czasem w swojej książce. Na początku każdego rozdziału mamy podaną datę, dzięki czemu nie mamy wrażenia, że historia rozwija się za szybko, gdyż poszczególne wydarzenia dzieli określony odstęp czasu. Dzięki temu, Kim Holden może omijać niepotrzebne sceny i skupić się na tych, które mają znaczenie. Nie zabrakło w tej historii również kilku retrospekcji oraz wspomnieć z przeszłości Gusa, które wypełniły luki i w piękny sposób domknęły tę historię. 

Gus jest dobrą i emocjonującą kontynuacją świetnego Promyczka, jednak mi zdecydowanie bardziej do gustu przypadł pierwszy tom. Historia opowiedziana w Gusie nie różni się zbytnio od wielu innych romansów, które miałam okazję czytać. W Promyczku elementem, który wyróżniał ją na tle innych była zdecydowanie postać Kate, jednak w Gusie czegoś takiego mi zabrakło. Jest to piękna, chwytająca czytelnika za serce powieść o stracie i zagubieniu, ale przed nią było już wiele innych książek tego typu i na pewno równie wiele pojawi się jeszcze po niej.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Internetowej Gandalf.com.pl

Zobacz więcej >

Mój początek wszystkiego


Czasami jedna noc może zmienić wszystko. Zrządzenie losu sprawia, że zmienisz swój stosunek do świata. Tak było ze mną. Jedna noc i jedna nieprzemyślana decyzja, która całkowicie odmieniła moje życie. Zaczyna się interesująco? Przygotujcie się, bo to dopiero początek i to pod wieloma względami.

Nie od zawsze budowałam zamki z książek. Dawniej do wznoszenia moich zachwycających budowli używałam pisaku, dekorowałam je kamykami i muszelkami, a nie zakładkami, jak to ma miejsce dzisiaj. Byłam dzieckiem, w którego wnętrzu mieściły się pokłady energii, nieustannie pchającej mnie na dwór bez względu czy świeciło słońce, padał deszcz lub temperatura spadała poniżej zera. Książki, choć kiedy je poznałam i opanowałam sztukę czytania oraz pisania wzbudzały moje zainteresowanie, to jednak bardzo szybko je utraciły na rzecz innych aktywności i umiejętności, które jak najszybciej chciałam poznać.

Nie ciągnęło mnie do czytania, a lektury szkolne skutecznie mnie do tego zniechęcały. Nie chodzi o to, że wszystkie lektury mi się nie podobały, bo znalazło się kilka, przy których bardzo dobrze się bawiłam, ale problem był w tym, że był to przymus, a to od razu odpychało mnie od czytania. W dodatku, kiedy trafiła się wyjątkowo nudna, jak na mój gust powieść po prostu się przy niej męczyłam albo zasypiałam. Zdecydowanie wolałam oglądać filmy, czasami nawet po kilkanaście razy, jeśli jakiś szczególnie mi się spodobał. Muszę jednak wspomnieć, że od dziecka uwielbiałam fantastyczne historie i to nadal się nie zmieniło. Nowe światy i magia zawsze mnie przyciągały, nieważne ile miałam lat. Pragnęłam oderwać się od rzeczywistości i skrycie marzyłam, że wkrótce nastąpi jakiś przełom w postaci listu z Hogwartu lub przejścia do Narnii w mojej szafie. Przełom nastąpił, ale całkiem inny niż się spodziewałam.

W grudniu tego roku miną już cztery lata od tej pamiętnej soboty, kiedy skończył się jeden etap mojego życia, a zaczął następny. Wróciłam późno do domu, byłam zmęczona, ale jednocześnie nie miałam ochoty na sen. W takim wypadku zawsze wytaczałam ciężką artylerię, czyli film. Przetrząsałam internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego i ostatecznie mój wybór padł na Dary Anioła. Miasto Kości. Słyszałam już wcześniej o tym filmie, pamiętałam, jak kilka miesięcy wcześniej wszedł na ekrany kin i że moja przyjaciółka trochę o nim opowiadała. Wtedy nie zwróciłam na niego większej uwagi, ale tytuł zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam spróbować. Obejrzałam. Wiem, że film został skrytykowany i to dość mocno, ale mi się podobał i to bardzo. Kiedy dobiegł już końca, zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu informacji na temat kontynuacji. Nie natknęłam się na taką, ale za to dowiedziałam się, że film powstał na podstawie serii książek, których pięć tomów ukazało się już w Polsce. Jak można się domyślić, jak najszybciej zaopatrzyłam się w pierwszy i zaczęłam czytać.

Przeczytałam pięć tomów Darów Anioła w zaledwie kilka dni. Nie pamiętam, jak siedziałam na lekcjach, ponieważ chciałam jak najszybciej wrócić do domu i skupić się na lekturze. To był dla mnie szok, a jeszcze większy nastąpił, kiedy skończyłam piąty tom, a następny jeszcze nie ukazał się w Polsce. Nie nadawałam się do niczego, ciągle rozmyślałam, jak przetrwać kilka miesięcy do ukazania się finałowego tomu i w końcu znalazłam rozwiązanie. Zaczęłam czytać Diabelskie maszyny, które zostały już w całości wydane w Polsce. To było błogosławieństwo i przekleństwo jednocześnie, ponieważ Mechaniczna Księżniczka złamała mi serce i zapewniła największego jak do tej pory czytelniczego kaca w moim życiu.  

Po przeczytaniu ośmiu książek zorientowałam się, że to mi nie wystarczy. Zrozumiałam, że chcę czytać dalej i więcej, pragnę poznawać nowych bohaterów, nowe historie, w których się zakocham i które mnie oczarują. Nie sądziłam, że moje nastawienie może tak szybko ulec zmianie i dlatego zawsze będę wdzięczna Cassandrze Clare za jej książki, które wciągnęły mnie do świata literatury. To był dla mnie początek, który doprowadził nie tylko do zmiany mojego życia, ale także mojej osoby. Choć dla mnie zmieniło się wszystko, to jednak dla moich rówieśników świat pozostał taki sam. Nadal nie czytali i nie mieli takiego zamiaru, dlatego właśnie założyłam bloga, aby dzielić się swoimi przemyśleniami i móc rozmawiać o książkach, z ludźmi, dla których znaczą one równie wiele co dla mnie.

Tak właśnie rozpoczęła się moja przygoda z czytaniem. Nie wyobrażam sobie teraz mojego życia bez książek, nie mam pojęcia, jak spędzałabym wolny czas, gdybym kilka lat temu całkiem przypadkiem nie wciągnęła się w czytanie. Na pewno każdy z Was ma za sobą swoją historię, wydarzenie, które w jakiś sposób odmieniło wasze życie. Zachęcam Was do wzięcia udziału w konkursie, w którym do wygrania jest aż 100 egzemplarzy powieści Początek wszystkiego, której recenzja ukazała się już na blogu. Do podzielenia się swoim "początkiem wszystkiego" nominuję również: Karolinę z bloga In Bookland, Dominikę z bloga Zaczytana w fantastyce i nie tylko... oraz Izę z bloga Heavy Books. Dokładny regulamin tutaj. Przepraszam, że wstawiam tak późno i praktycznie nie ma już czasu, ale może komuś jeszcze uda się zmieścić w terminie, a jeśli nie, to i tak zachęcam do opisania swojej historii. 
Zobacz więcej >

Jeżeli tego słuchasz, to jest już za późno

Clay Jensen pewnego dnia po powrocie ze szkoły natrafia pod swoimi drzwiami na tajemniczą paczkę. Znajduje w niej trzynaście kaset, a na nich powody, które doprowadziły do śmierci jego koleżanki z klasy — Hannah. Dziewczyna popełniła samobójstwo, jednak przed śmiercią postanowiła podzielić się swoją historią z osobami, które wpłynęły na jej decyzję. Clay jest jednym z powodów i dowie się dlaczego, dopiero kiedy wysłucha nagrania. Chłopak przez całą noc wędruje po mieście, a za przewodnika służy mu głos Hannah. Doświadcza jej bólu, a jednocześnie poznaje okrutną prawdę o otaczających go ludziach. Jednocześnie dociera do niego, że nie da się cofnąć przeszłości, a Hannah, choć żywa na nagraniach nigdy już nie wróci.

Na temat Trzynastu powodów słyszałam bardzo wiele jeszcze na długo przed pojawieniem się informacji, że na podstawie książki powstanie serial. Niestety zawsze było mi z nią nie po drodze, dlatego dopiero teraz udało mi się po nią sięgnąć. Chciałam zapoznać się z powieścią przed rozpoczęciem oglądania serialu i na szczęście mi się to udało. Wychwyciłam kilka różnic pomiędzy książką a jej ekranizacją, jednak w tej recenzji skupię się na książkę, która wywołała we mnie mieszane uczucia.

Pomysł na powieść jest moim zdaniem bardzo oryginalny. Każde nagranie dotyczy kolejnej osoby z listy Hannah, porusza również inny ważny problem. Autor w swojej powieści pod lupę wziął tematy takie jak: depresja, odrzucenie przez rówieśników, plotki, molestowanie, czy gwałt. Książka ze względu na swoją tematykę nie powinna należeć do prostych oraz lekkich lektur i rzeczywiście nie należy, a przynajmniej nie do końca. Powieść Jaya Ashera jest jak na moje standardy bardzo krótka, gdyż ma mniej niż trzysta stron. Cała historia rozgrywa się w ciągu zaledwie jednej nocy. Clay nie jest jedynym narratorem tej powieści, gdyż kiedy słucha taśm, przekazuje pałeczkę Hannah. Dziewczyna snuje swoją opowieść, a Clay słucha i wędruje. Odwiedza miejsca, które są kluczowe dla historii i stara się postawić na miejscu swojej przyjaciółki. Chce ją zrozumieć, dowiedzieć się, co zrobił, co zrobili inni, że pchnęło ją to do odebrania sobie życia.

Hannah miała trzynaście powodów, jednak według mnie nie były one aż tak poważne, aby popełnić samobójstwo. Szczególnie że dziewczyna nie była sama, miała rodziców, którzy na pewno by jej pomogli, gdyby tylko im na to pozwoliła. Rozumiem, że to wszystko, czego doświadczyła, nałożyło się na siebie, jej problemy się nawarstwiły, a ona nie widziała innego rozwiązania, ale nadal nie była sama. Gdyby Hannah tylko zdobyła się na odwagę i zdecydowała się z kimś porozmawiać, ta historia mogłaby mieć całkiem inne zakończenie. Uważam jednak, że był to celowy zabieg autora, który chciał pokazać, że drobny gest, nawet próba podjęcia działania mogłaby zapobiec tragedii. W tej powieści można dopatrzyć się bardzo wielu sytuacji, które tylko mały krok dzielił od szczęśliwego zakończenia.

Trzynaście powodów to ciekawa i interesująca powieść, poruszająca ważny i aktualny temat, która skłania czytelnika do refleksji. Według mnie to lektura warta uwagi, która zwraca uwagę na codzienne sytuacje i małe gesty, które mogą bardzo wiele zmienić. To historia o samotności, wykluczeniu, o tym, jak łatwo można skrzywdzić drugiego człowieka, ale także jak proste jest wyciągnięcie pomocnej dłoni, które może zapobiec tragedii.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Rebis
Zobacz więcej >

Potwory w świetle dnia


Verity jest miastem, w którym najgorsze czyny rodzą prawdziwe potwory. Kate Harker pragnie być tak nieustraszona i bezwzględna jak jej ojciec, który rządzi północną stroną miasta, kontroluje potwory i każe ludziom płacić za swoją ochronę. August Flynn marzy jedynie o tym, aby być prawdziwym człowiekiem, tak dobrym i współczującym, jak jego ojciec, który broni niewinnych i sprawuje władzę nad południową stroną Verity. Sam jest jednak potworem, takim, który swoją muzyką może kraść dusze. August dostaje zadanie, aby obserwować Kate, która została właśnie wyrzucona ze swojej szóstej szkoły z internatem i wróciła do miasta, by tam dokończyć naukę. Stoją po przeciwnych stronach barykady, ale kiedy ktoś usilnie stara się ich zamordować, muszą połączyć siły i uciekać, aby ratować życia.

Victorii Schwab, która pisze również pod pseudonimem V. E. Schwab na swoim koncie ma już kilka powieści z gatunku fantasy. Jej najpopularniejsza książka, czyli Mroczniejszy odcień magii została w zeszłym roku wydana w naszym kraju. Nikt jednak na razie nie zainteresował się pierwszym tomem jej dylogii, który nosi tytuł This Savage Song. Na temat tej książki słyszałam i czytałam bardzo wiele, przyciągnął mnie do niej nie tylko opis, ale i pozytywne opinie, a po pierwszym tomie Odcieni magii miałam ochotę bliżej zapoznać się z twórczością tej autorki, dlatego zdecydowałam się sięgnąć po This Savage Song w oryginale.

Victoria Schwab już w Mroczniejszym odcieniu magii pokazała, że umie kreować niesamowite i fantastyczne światy, a w This Savage Song tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu. Stworzyła nową rzeczywistość, w której ludzie żyją w strachu, a potwory nie kryją się pod łóżkami, ale grasują po ulicach. Akcja książki rozgrywa się w Verity, ale to nie znaczy, że to jedno miasto jest centrum całego wszechświata i nic poza nim nie ma. Są również inne miasta i choć nie dowiedzieliśmy się do nich za wiele, to jednak uważam, że był to celowy zabieg autorki, która odsłoni przed nami więcej w kolejnym tomie. Victoria Schwab zadbała o każdy szczegół swojej powieści, wszystkie wątki splatają się ze sobą, tworząc spójną i sensowną całość. Nic nie dzieje się tutaj bez przyczyny, a bohaterowie podpierają swoje działania konkretnymi motywami.

Autorka w swojej książce stworzyła całą galerię bohaterów, jednak to Kate i August są w tej historii najważniejsi. Kate jest niezwykle silną postacią, pragnie udowodnić swojemu ojcu, który przez wiele lat ją odpychał, że jest go warta, że jest w stanie sprostać presji i udźwignąć brzemię, które spoczywa na nazwisku Harker. Z tego powodu odrzuciła dawną siebie, którą uznała za słabą i ze wszystkich sił starała się stać bezwzględna i zabójczą dziewczyną, godną miana dziedziczki swojego ojca. August natomiast jest potworem i to tym należącym do najrzadziej spotkanego gatunku. Przy pomocy swoich skrzypiec jest w stanie kraść dusze grzeszników, by następnie się nimi żywić. Chłopak nie chce tego robić, nie chce być potworem, pragnie być zwykłym człowiekiem, choć to oczywiście niemożliwe. Nie użala się nad sobą, ale jednocześnie nie chce się pogodzić z tym, kim jest. Pragnie być dobry i ogromnie cierpi, kiedy musi odebrać życie. Żadne z nich nie jest do końca dobre ani do końca złe. Kate nie zrobiła niczego złego, choć sama pcha siebie w ślady swojego ojca, za to August jest potworem, kreaturą, jednak pragnie być dobry.

Jeszcze zanim sięgnęłam po książkę, słyszałam, że nie ma w niej wątku romantycznego i to również był jeden z elementów, który mnie do niej przyciągnął. Teraz praktycznie w każdej książce z gatunku Young Adult romans odgrywa mniejszą, bądź większą rolę. Kiedy mamy parę głównych bohaterów możemy się spodziewać, że prędzej czy później się w sobie zakochają. Nic takiego nie dzieje się jednak w This Savage Song. Nadal trudno mi dokładnie określić, co tak naprawdę połączyło Kate i Augusta. Ich relacja rozwinęła się bardzo szybko, ze względu na okoliczności, w jakich się znaleźli. Na początku byli dla siebie tylko środkiem do udowodnienia rodzinom swojej wartości. Kilka krótkich momentów pokazało jednak, jak dobrze się rozumieją i jak wiele ich łączy. Mieli wiele sposobności, aby się rozdzielić, ale zostali i walczyli o siebie nawzajem, stali się w pewnym sensie przyjaciółmi i drużyną.

This Savage Song jest powieścią unikatową, nieco mroczną, która wciąga czytelnika od samego początku. Victoria Schwab stworzyła kolejną genialną historię, którą jestem całkowicie oczarowana. Zakończenie tej powieści jest zaskakujące i niesamowicie emocjonujące. Łapie czytelnika za serce i trzyma w napięciu do samego końca. Otwiera jednocześnie wiele możliwości na kontynuację, której już nie mogę się doczekać. Mam nadzieję, że ktoś zainteresuje się wydaniem tej książki w Polsce, ale jeżeli czujecie się na siłach, to gorąco zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę, pełną potworów i nietuzinkowych bohaterów, ponieważ mogę zagwarantować, że nie będziecie zawiedzeni.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni Megaksiażki.pl

Zobacz więcej >
Zatracona w słowach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka