Aby zbadać skąd bierze się życie, należy wpierw zająć się śmiercią

Angielski żeglarz Robert Walton wybrał się w podróż na odległą Arktykę, jednak utknął wśród arktycznych lodów. Pewnego dnia pod jego statek dociera na saniach wycieńczony rozbitek, którym okazuje się szwajcarski uczony – Wiktor Frankenstein. Po odzyskaniu przytomności zaczyna snuć opowieść o okolicznościach, w jakich się tu znalazł. Jest to opowieść niepokojąca, mrożąca krew w żyłach, która skupia się na największym dziele i osiągnięciu mężczyzny, a mianowicie powołania do życia ludzkiej istoty, która jednak obróciła się przeciw niemu...

Frankenstein to już klasyka grozy, o której każdy z pewnością słyszał nie raz i nie dwa. Książka po raz pierwszy ukazała się w 1818 roku i bardzo szybko zyskała na popularności. Doczekała się niezliczonych recenzji, opracowań oraz ekranizacji i nawet po upływie dwustu lat wciąż cieszy się niegasnącą popularnością.

Do sięgnięcia po Frankensteina zbierałam się już od bardzo długiego czasu. Ta powieść od samego początku interesowała mnie swoją tematyką oraz wpływem na współczesną literaturę. W swoim życiu obejrzałam już niejedną ekranizację tej powieści, dlatego nadal nie rozumiem, dlaczego tak długo zwlekałam z sięgnięciem po pierwowzór. Jestem przekonana, że jeszcze długo bym to odwlekała, gdyby nie Wydawnictwo Vesper, które postanowiło zaoferować czytelnikom wyjątkowe wydanie tej powieści.

Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz jest historią przerażającą, ale na całkiem inny sposób niż można by przypuszczać. Sięgając po tę książkę, która stała się klasykiem grozy, ludzie mogą oczekiwać krwawej i mrocznej historii, po której nie będą mogli zmrużyć oka. Frankenstein jest jednak bardziej dramatem psychologicznym niż zapierającym dech w piersi horrorem. Obfituje on w licznej rozważania głównego bohatera, który może nie zachwycił mnie jako postać, ale za to okazał się bardzo dobrym narratorem. Wiktor Frankenstein rzuca wyzwanie Bogu, drwi z niego i powołuje na świat nowe życie. Nie zadaje sobie jednak pytania, jaki ma w tym cel, co w rezultacie skutkuje powstaniem istoty, której nie jest w stanie zapewnić opieki. Tworzy potwora, którego sam się obawia, nie czuje dumy ze swojego osiągnięcia, a tylko gorzkie rozczarowanie. W stworze, który odrzucony zaczyna zdawać sobie sprawę ze swojej inności, rodzi się zło. Nie natychmiast, ale stopniowo, wraz z kolejnymi upokorzeniami, kiedy ludzie widzą w nim tylko potwora, on z czasem naprawdę się w niego zmienia.

Dzięki Wydawnictwu Vesper możemy cieszyć się pięknie wydaną książką, a także po raz pierwszy w Polsce jej pierwotną wersją, czyli pozbawioną zmian wprowadzonych w późniejszych latach przez autorkę. W książce znajdziemy również takie teksty jak fragment Pogrzebu George'a Gordona Byrona, Wampira Johna Williama Polidoriego oraz opowiastki niesamowite autorstwa Percy'ego Schelleya. Karty powieści zdobią również piękne ilustracje Lynda Warda, które idealnie wpasowują się w treść książki oraz pomagają budować niepokojący i przerażający klimat tej powieści.

Frankenstein to niesamowita książka opowiadająca o najskrytszych marzeniach człowieka, schowanych głęboko w zakamarkach świadomości. To historia o zabawie w Boga oraz o konsekwencjach, jakie za sobą niesie. Uważam, że każdy powinien sięgnąć po tę powieść, nie tylko ze względu na to, że jest to klasyk, który z pewnością warto znać, ale także dlatego, że Mary Shelley stworzyła uniwersalną powieść, która każdy może interpretować na swój własny sposób i wyciągnąć po jej lekturze odmienne wnioski.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Vesper

Zobacz więcej >

Pyrkon 2017


Nie mogę uwierzyć, że od Pyrkonu minął już miesiąc. Wciąż mam wrażenie, jakbym dopiero wczoraj zerwała się przed świtem, aby wyruszyć w wielogodzinną podróż do Poznania na mój pierwszy festiwal fantastyki. Czas płynie niemiłosiernie szybko, miałam napisać tę relację niedługo po powrocie z konwentu, jednak oczywiście, jak to ze mną bywa, zwaliło się mnóstwo innych spraw i musiałam odłożyć to w czasie. Nie żałuję, ponieważ emocje po tym czasie już opadły, miałam okazję dokładnie wszystko sobie przemyśleć, dlatego w końcu chciałabym opowiedzieć Wam nieco o moim pobycie w Poznaniu i podsumować Pyrkon.

Niestety na festiwalu mogłam zawitać tylko w sobotę, ale uważam, że nawet jeden dzień jest lepszy niż nic. Na miejsce dotarłam przed południem i trochę czasu minęło, zanim zorientowałam się w rozkładzie budynków, co znacznie ułatwiła mi mapka, którą można było dostać przy wejściu. Korzystałam głównie z niej, jednakże czasami sprawdzałam również aplikację Eventory, w której o wiele łatwej było mi odnaleźć się w atrakcjach i ciekawych spotkaniach, bo muszę przyznać, że nie opracowałam sobie wcześniej żadnego planu i działałam całkowicie spontanicznie. Żeby się jednak nie pogubić i zachować jakiś porządek, moją przygodę z festiwalem zaczęłam od zwiedzenia po kolei wszystkich budynków z atrakcjami.




Na Pyrkonie było wiele bloków tematycznych, jednak nie wszystkie zaliczały się do grona moich zainteresowań. O ile kocham fantastykę, to nie gram w gry komputerowe, a komiksy i mangę czytam sporadycznie. Mimo to znalazłam dla siebie wiele innych atrakcji, a w szczególności spodobał mi się Blok Gier Bez Prądu. Muszę przyznać, że już dawno nie grałam w żadną grę planszową, dlatego byłam bardzo zdziwiona szerokim wyborem najróżniejszych planszówek. Widać, że jestem daleko w tyle w tej sprawie, ale po Pyrkonie na pewno nie odpuszczę i niedługo to nadrobię. Fani filmów i seriali także znajdą na festiwalu miejsce dla siebie, a osoby, które nigdy nie odpuszczają okazji, aby zaopatrzyć się w nowe gadżety na pewno nie będą zawiedzione, ponieważ na ten cel został poświęcony cały osobny pawilon.

Nie mogę nie wspomnieć o niesamowitych cosplayach. Przebierali się nie tylko dorośli, ale również dzieci, jedne stroje były bardziej, inne mniej wymyślne, a w przygotowanie niektórych naprawdę było trzeba włożyć wiele pracy. Najbardziej podobał mi się cosplay Enta z Władcy Pierścieni, a przynajmniej mam nadzieję, że to był Ent. Kostium był niesamowity, chociaż schody z pewnością jawiły się w nim jako wielkie wyzwanie. Na Pyrkonie miałam również poznać kilka niesamowitych osób, a w szczególności Martę z bloga Fantastyczne książki i jak je znaleźć oraz Anitę z Book Reviews by Anita, z którymi naprawdę świetnie spędziłam czas i pokręciłam się trochę po festiwalu. 

Najważniejszym dla mnie punktem dnia było poznanie niesamowitej Samanthy Shannon i nie mam tu na myśli panelu z jej udziałem ani spotkania autorskiego. Z racji tego, że pojawiłam się na festiwalu, jako reprezentantka mediów, miałam możliwość poznania jej osobiście oraz przeprowadzenia wywiadu. Samantha jest niezwykłą autorką i przemiłą, otwartą osobą, z którą bardzo przyjemnie mi się rozmawiało, dlatego mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.

Podsumowując, Pyrkon jest czymś niesamowitym. Dla mnie niezwykła była możliwość spotkania ludzi, którzy mają takie zainteresowania i mogą bez oporów rozmawiać o tym godzinami. Ludzi, którzy są takimi samymi geekami i kochają fantastykę całym sercem. Nie chodzi mi tu tylko o literaturę, chociaż to bezapelacyjnie centrum moich zainteresowań, to jednak fantastyka osiągnęła już o wiele większą skalę. Każdy znajdzie tu coś dla siebie, bez względu czy czyta książki, czy komiksy, ogląda filmy lub seriale, a może gra w gry. Pyrkon zapewnia wiele atrakcji podczas wszystkich trzech dni festiwalu, więc nuda na pewno Wam nie grozi. Jest to impreza na wielką skalę, a organizatorzy naprawdę wykonali kawał dobrej roboty, nie tylko z atrakcjami, ale także, aby każdy czuł się na terenie festiwalu swobodnie i bezpiecznie. 

Czy wybiorę się na Pyrkon w przyszłym roku? Nie wiem. Nie ukrywam, że chciałabym na pewno jeszcze zawitać na festiwalu, jednak nie mam pewności, co wydarzy się za tydzień, nie mówiąc już o przyszłym roku. Mam jednak nadzieję, że uda mi się pojawić tam ponownie i tym razem będzie to o wiele dłuższa wizyta.


Pyrkon w zdjęciach








Zobacz więcej >

Wielkie sukcesy często zależą od umiejętności rozróżnienia pomiędzy tym, co niemożliwe, a tym, co tylko nieprawdopodobne


Alcatraz Smedry nieustannie wędruje od jednej rodziny zastępczej do drugiej, a to wszystko zasługa jego niezwykłego talentu do psucia dosłownie wszystkiego, czego się dotknie. Po kolejnym niefortunnym zdarzeniu, w wyniku którego oczywiście całkiem przypadkowo spalił kuchnię przybranych rodziców, chłopiec czeka na kolejne przeniesienie. W dodatku na trzynaste urodziny otrzymał w spadku po zmarłych rodzicach przesyłkę, w której znalazł zwykły woreczek z piaskiem. Nieoczekiwanie w progu jego domu staje dziwaczny staruszek, który twierdzi, że jest jego dziadkiem i przybył pomóc mu chronić jego spadek. Ten jednak zaginął...

Piasek Raszida jest pierwszym tomem serii Alcatraz kontra Bibliotekarze dobrze znanego i docenianego autora fantastyki Brandona Sandersona, który w krótkim czasie zyskał ogromną popularność w naszym kraju. Osoby, które czytają mnie od dłuższego czasu, mogą już wiedzieć, że należy on również do grona moich ulubionych autorów i zawsze z wielką chęcią sięgam po każdą jego nową pozycję, nieważne czy jest to fantasy, czy science fiction, ponieważ Sanderson potrafi zadziwić na wiele sposobów i zawsze udowadnia, że jego wyobraźnia nie zna granic.

Nie można powiedzieć, że autor cierpi na brak pomysłów, bo tych z pewnością ma pod dostatkiem. Fabuła Piasku Raszida jest jednocześnie prosta, ale i poplątana. Łatwa w odbiorze, ale niesamowicie dziwna. Już na samym początku w notce Sanderson ujawnia, że jest to autobiografia, jednak w obawie przed Bibliotekarzami musiał wydać ją pod pseudonimem, no bo wiecie, to wszystko wydarzyło się naprawdę... A tak na poważnie, to muszę przyznać, że niesamowicie spodobał mi się pomysł autora na przedstawienie Bibliotekarzy jako czarnych charakterów, no bo kto by pomyślał, że z ich strony może grozić nam jakieś niebezpieczeństwo? W książce nie ma miejsca na nudę, nieustannie coś się dzieje, a akcja pędzi w zawrotnym tempie. Choć jest ona skierowana głównie na dobrą zabawę, to jednak znajdziemy w niej również kilka przesłań i oczywiście morał. Wyjątkowe jest według mnie to, że każdy może odebrać tę powieść na swój własny sposób i wyciągnąć z jej lektury inne wnioski.

Sanderson stworzył barwnych i oryginalnych bohaterów, z których grona na sam przód wysuwa się oczywiście główny bohater i narrator tej historii. W książce została zastosowana narracja pierwszoosobowa i choć nie przepadam jakoś szczególnie za tego typu narracją, to muszę przyznać, że bardzo polubiłam Alcatraza i świetnie się bawiłam, obserwując rozgrywające się wydarzenia z jego perspektywy. Książka jest wypełniona humorem i to każdego rodzaju, znajdziemy tu zabawne postacie, śmieszne sytuacje i rozbrajające dialogi. Podczas czytania książki uśmiech po prostu nie schodził mi z twarzy. Autor rzuca wypełnionymi sarkazmem oraz ironią żartami na prawo i lewo, tak długo aż nie możemy powstrzymać wybuchu śmiechu.

Nie mogę również nie wspomnieć o wydaniu tej książki, które być może z zewnątrz wygląda niepozornie, ale w środku kryją się ilustracje autorstwa Hayleya Lazo, które według mnie idealnie wpasowują się w treść książki, a przy tym cieszą oko i tylko dodają atrakcyjności całej powieści. Czcionka jest dość spora, a książka wciąga tak niesamowicie, że zanim się obejrzałam już byłam po lekturze.

Piasek Raszida jest książką osobliwą, która z pewnością zapada w pamięć. Wiele osób być może odpuści sobie jej lekturę, ponieważ uzna ją za literaturę dla młodszych czytelników. Nie mogę się nie zgodzić, że największą frajdę i radość z lektury tej książki na pewno będzie czerpać młodsze grono odbiorców, ale i starsi czytelnicy znajdą w niej coś, od czego ja w książkach nigdy nie stronię, a mam tu na myśli czystą rozrywkę i radość z czytania. Już nie mogę się doczekać kontynuacji przygód Alcatraza, a osobom, które szukają lekkiej, zabawnej książki, ze świetnym głównym bohaterem gorąco zachęcam do zapoznania się z tą pozycją.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu IUVI



Zobacz więcej >

Żadna cywilizacja nie jest gotowa na swój kres


W zeszłym roku Ken Liu zachwycił mnie swoją debiutancką powieścią Królowie Dary, która jest pierwszym tomem serii Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu. Zostałam wprowadzona w całkiem nowy fantastyczny świat inspirowany starożytnymi Chinami, który urzeka swoją oryginalnością i innością oraz przede wszystkim niesamowitą historią, która zostawia schematy daleko w tyle i całkowicie wciąga w świat wykreowany przez autora. Z niecierpliwością i podekscytowaniem wyczekiwałam kontynuacji, pełna nadziei, ale i obaw. Myślałam, że lepiej już być nie może, ale Ken Liu pokazał, że nie bez powodu został uhonorowany wieloma nagrodami, a Królowie Dary byli dopiero początkiem tej niezwykłej serii.

Cesarz Ragin po burzliwym okresie wojny i walki o władzę wprowadził Darę na drogę pokoju. Stara się sprawiedliwie rządzić swoim cesarstwem, dbać o jego rozwój oraz sprostać żądaniom ludu. Darę jednak wciąż dotykają problemy, dworskie intrygi nie mają końca i nie wszystko rozwija się po myśli monarchy. Dodatkowo nad cesarstwem zawisają czarne chmury, a zza mitycznej Ściany Burz oddzielającej Darę od reszty świata, przybywa nieznane zagrożenie. Wybucha chaos, a sytuacja staje się jeszcze bardziej krytyczna, kiedy cesarz zostaje zmuszony stawić czoła zdradzie i fałszywym oskarżeniom. Na scenę wkraczają jego dorosłe dzieci, które pragną zapisać się na kartach historii oraz udowodnić swoją wartość, jednak pomimo dobrych chęci i ambicji, nie mają pojęcia, z czym przyjdzie im się zmierzyć.

Ściana Burz, choć jest kontynuacją Królów Dary, to jednak pomiędzy pierwszym a drugim tomem mamy dość spory przeskok czasowy, a fabuła nie kręci się tylko i wyłącznie wokół poznanych już wcześniej bohaterów. Oczywiście w tej książce pojawiają się postacie z poprzedniego tomu, jednak zdecydowanie ustępują one miejsca nowemu pokoleniu. Należą do niego przede wszystkim dzieci cesarza, które wciąż żyją w niepewności, którego z nich ojciec wybierze na swojego następcę. W tym tomie Ken Liu prezentuje nam bardzo szeroki wachlarz bohaterów, z których każdy jest osobną, wyjątkową jednostką, posiadającą swój własny charakter, dzięki czemu możemy spojrzeć na tę historię z kilku różnych punktów widzenia. Autor zdecydowanie wykazał się niesamowitą kreacją bohaterów i budowaniem charakterów, jednak nie zaniedbał przy tym innych aspektów tej historii, której rozmach i misterność wciąż są dla mnie momentami nie do pojęcia. Ken Liu od podstaw stworzył całkiem nowy świat, który dopracował pod każdym względem, gdyż nie doszukamy się tu nieścisłości. Wszystko łączy się tu w spójną i sensowną całość, a takie elementy, jak architektura, religia i obyczaje nie zawsze są tylko tłem, dla rozgrywających się wydarzeń, momentami wysuwają się na pierwszy plan, jednak nigdy nie pozostają w tyle, a raczej wciąż rozwijają się razem z fabułą i bohaterami.

Ściana Burz może niektórych przerazić swoją objętością, gdyż książka ma prawie osiemset stron, jednak w moim przypadku było wręcz przeciwnie. Niesamowicie się ucieszyłam, że drugi tom jest dłuższy od pierwszego. Wielowątkowość tej historii wbrew pozorom nie przytłacza czytelnika i nie sprawia, że zaczyna się on gubić w wydarzeniach i mylić bohaterów. Wszystkie wydarzenia zostały bardzo sprawnie poprowadzone i jasno rozwinięte. Akcja w książce przez pierwszą połowę toczy się swoim rytmem, wprowadza nas ponownie w świat Dary i zaznajamia z nowymi bohaterami oraz relacjami, które między nimi panują. Druga połowa toczy się w o wiele szybszym tempie, na scenę wkraczają tajemniczy Lyucu razem ze swoimi skrzydlatymi bestiami, a w imperium wybucha chaos. Z całą pewnością mogę Was zapewnić, że w tej książce nie mam miejsca na nudę, nieustannie coś się dzieje, a czytelnik z trudem jest w stanie oderwać się od lektury.

Ściana Burz to kontynuacja, która przerosła moja najśmielsze oczekiwania. To książka wypełniona po brzegi epicką akcją i zapadającymi w pamięć bohaterami, która zachwyca niesamowitym światem. Z niecierpliwością wyczekuję kontynuacji tej serii, ponieważ mam wrażenie, że Ken Liu jeszcze nie raz nas zaskoczy. To pozycja obowiązkowa dla fanów fantastyki, którzy poszukują czegoś nowego, gdyż seria Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu do schematycznych na pewno nie należy.



Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non

Zobacz więcej >

Na zawsze razem, ale czy na pewno?

Ella i Micha w końcu są razem, ale na jak długo? Dziewczyna skupia się na szkole i swojej przyszłości, choć nieustający rodzinny dramat ciągle jej w tym przeszkadza. Pragnie tylko Michy, ale nie pozwoli, aby jej problemy stanęły na drodze jego marzeniom. Micha za to zatracił się występach, nieustannie podróżuje, brak mu czasu, jednak nieustanie doskwiera mu tęsknota za Ellą. Nie spodziewał się, że rozłąka z nią będzie aż tak trudna. Chciałby, aby była z nim, jednak nie chce wymagać od niej poświęcenia całego swojego obecnego życia. Z trudem znajdują czas na wspólne chwile, a kiedy kolejna tragedia wstrząsa ich światem, będą musieli zmierzyć się z problemami, które stoją na drodze ich szczęściu.

Do tej pory przeczytałam wszystkie książki Jessiki Sorensen, które zostały wydane w naszym kraju. Może nie są to szczególnie odkrywcze powieści, gdyż wszystko, co w nich znajdziemy, już gdzieś, kiedyś było, ale mimo to są to książki lekkie i przyjemnie, przy których można miło spędzić czas. Na zawsze razem. Ella i Micha to drugi tom serii The Secret, której pierwsza część Nie pozwól mi odejść. Ella i Micha została wydana w Polsce w zeszłym roku. Historia zagubionej Elli i zdeterminowanego, aby o nią walczyć Michy spodobała mi się, dlatego nie wahałam się przed sięgnięciem po kontynuację, szczególnie że byłam bardzo ciekawa, w którą stronę autorka pokieruje losy bohaterów.

W drugim tomie Jessika Sorensen poruszyła temat związku na odległość. Temat nieszczególnie oryginalny, ale również nie tak często spotykany w literaturze. Pojawiło się kilka ciekawych momentów, ale nie obyło się również bez schematów. Akcja toczy się swoim tempem, a książkę czyta się bardzo przyjemnie, mimo że pojawiają się fragmenty, podczas których akcja zwalnia albo staje się mało znacząca i wtedy niestety wydarzenia się dłużyły, a mnie dopadała nuda.

W książce mamy do czynienia z narracją ze strony zarówno Elli, jak i Michy. Dzięki dwóm różnym punktom widzenia możemy spojrzeć na historię z szerszej perspektywy. Micha po raz kolejny zyskał sobie moją sympatię, ponieważ pomimo przeciwności i faktu, że był wielokrotnie odpychany, nadal walczył o dziewczynę, którą kochał od wielu lat. Ella natomiast kilka razy nieźle mnie zirytowała. Rozumiem jej sytuację. Rodzinne problemy, niska samoocena, brak pewności siebie i zdecydowania, to wszystko się kumuluje i zaczyna ją przytłaczać, jednak niektóre decyzje, które podejmuje na kartach książki, były według mnie bardzo naciągane i wyraźnie odstawały od całej reszty.

Jessika Sorensen w swoich książkach zawsze porusza ważne tematy i zagłębia się w problemy, które dotykają ludzi każdego dnia. Alkoholizm jest właśnie jednym z nich. Ten problem dotyka nie tylko osoby, która topi wszystko w alkoholu, ale i jej bliskich. Wpływa na zachowanie i zaburza sposób patrzenia na świat. Również choroby, których nie widać gołym okiem, które nie ujawniają się w zachowaniu, potrafią czasami wyrządzić ogromną szkodę, nie na zewnątrz, ale właśnie w środku, a postronne osoby mogą nawet nie zauważyć, że tuż obok znajduje się człowiek, który potrzebuje pomocy.

Na zawsze razem. Ella i Micha okazała się niestety gorsza od pierwszego tomu. Nadal jest to książka lekka i łatwa w odbiorze, jednak nie utrzymała ona poziomu swojej poprzedniczki. Jessika Sorensen tworzy powieści z ciekawymi bohaterami i poważnymi problemami, które potrafią wciągnąć i zainteresować czytelnika. Na zawsze razem jest dobrze napisaną i skonstruowaną powieścią, jednak dla mnie była po prostu przeciętna i nie tak dobra, jak Nie pozwól mi odejść. Jeśli czytaliście pierwszy tom, to uważam, że warto sięgnąć po tę książkę, żeby dowiedzieć się, jak potoczyły się losy głównych bohaterów.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka

Zobacz więcej >

Nadzieja częściej niż rzadziej prowadzi do rozczarowania

Allie przechodzi ciężki okres. Koniec studiów zbliża się wielkimi krokami, a ona nadal nie podjęła ostatecznej decyzji dotyczącej swojej przyszłości. W dodatku zerwała z wieloletnim chłopakiem, który chciał zdecydować za nią. Nigdy nie interesował jej seks bez zobowiązań, ale ze złamanym sercem i parszywym humorem wpada prosto w ramiona Deana Di Laurentisa. Po fakcie stara się o wszystkim zapomnieć i po prostu ruszyć dalej, ale co zrobić, kiedy przystojny hokeista nie ma zamiaru zrezygnować z ich znajomości.

Dean to stuprocentowy kobieciarz. Przyjaciele, hokej, dziewczyny, alkohol i dobra zabawa, to wszystko, czego mu potrzeba do szczęścia. Nie pakuje się w stałe związki i zobowiązania. W jego życie wkracza jednak Allie, o której nie może zapomnieć po tej jednej szczególnej nocy, którą spędzili razem. Ona chce udawać, że nie miała miejsca. On jednak nie ma takiego zamiaru.

Pierwszy tom serii Off'-Campus, czyli Układ bardzo mi się podobał. Historia Hannah i Garretta skradła moje serce i właśnie dlatego byłam bardzo zawiedziona, kiedy drugi tom okazał się gorszy. Według mnie Błąd był co najwyżej przeciętny, ale mimo to nadal miałam nadzieję, że autorka wróci na prostą i Podbój okaże się równie dobry, co pierwsza część. Niestety po lekturze tej książki mam bardzo mieszane uczucia.

Układ opowiadał historię Hannah i Garretta, drugi tom skupił się na Loganie i Grace. W Podboju głównymi bohaterami zostają Allie, czyli najlepsza przyjaciółka Hannah i Dean kolejny członek drużyny hokeja. Allie jest zakręconą dziewczyną, która studiuje aktorstwo i zazwyczaj nie ma siły wytrwać w swoich postanowieniach. Dean jest natomiast bogatym mężczyzną, któremu zawsze wszystko przychodziło z łatwością ze względu na jego pozycję i wygląd. W książce połączył ich seks i nie do końca mi to pasuje. Najpierw pojawiła się fizyczność, a potem uczucie i to dopiero po długim czasie, który wypełniony był odpychaniem Deana przez Allie, jego nieustającym próbom zdobycia jej oraz scenami erotycznymi. 

W Podboju podobnie, jak w poprzednich dwóch tomach pojawia się humor, ale nie są to już zabawne przepychanki Hannah i Garretta, ani nawet prztyki oraz docinki Grace i Logana. W tym tomie polega on głównie na bezpośrednich żartach Deana, które zawsze zawierają jakiś podtekst i muszę przyznać, że nie przypadło mi to do gustu. Według mnie było tego o wiele za dużo i choć nie mam nic przeciwko takiego rodzaju żartom w książkach, uważam nawet, że dodają one autentyczności powieści, to jednak trzeba mieć jakiś umiar. Oprócz tego pojawia się kilka zabawnych sytuacji i wtedy naprawdę można się pośmiać, ale to tylko mała część w porównaniu z całą resztą.

Podbój jest książką z gatunku New Adult, dlatego bez zaskoczenia znajdziemy w niej sceny erotyczne. O ile w Układzie wszystko było według mnie świetnie wyważone, uczucia idealnie dopełniały się z cielesnością, to jednak w Podboju rozwój relacji głównych bohaterów poszedł w odstawkę na rzecz scen seksu. Tak zaczęła się ich relacja i to w głównej mierze wypełnia tę książkę. Jeśli takie momenty są dobrze napisane, to w niczym nie przeszkadzają, ale jeśli już nie zachwycają poziomem i pojawiają się co kilka stron, to po kilku rozdziałach można mieć już tego dość.

W książce pojawia się motyw straty i radzenia sobie z bólem, który po sobie zostawia. Według mnie jest on przedstawiony bardzo realistycznie, szczególnie jeśli chodzi o postać Deana, którego całe dotychczasowe życie było po prostu idealne. On musi się nauczyć, że życie nie jest idealne, natomiast Allie chce się przekonać, czy może być samodzielna, przestać polegać na innych i skupić się na sobie oraz na tym, czego ona pragnie. Za najlepszą część tej książki uważam zakończenie i nie mam tutaj na myśli wątku głównych bohaterów, a raczej wstępu do kolejnego czwartego tomu tej serii, który opowiada historię Tuckera. Przez trzy tomy bardzo polubiłam jego postać i mam nadzieję, że jego historia mnie zaskoczy i okaże się tak dobra, jak Układ.

Podbój jest według mnie gorszy od dwóch poprzednich powieści. Nie mogę powiedzieć, że uważam go za całkowitą klapę, ponieważ pomimo zgrzytów w tej książce, to cieszyłam się, że mogę spotkać bohaterów z poprzednich tomów i zobaczyć, jak dalej toczy się ich życie. Nie żywię ogromnej sympatii do głównych postaci, ale też nie mogę napisać, że jakość szczególnie ich nie lubię, bo to nieprawda. Mieli swoje lepsze i gorsze momenty, ale na samym końcu wzięli się w garść i zdecydowali się wziąć swoje życie we własne ręce. Podbój nie jest z pewnością najlepszą książką w tej serii i nie mogę Wam jej z czystym sumieniem polecić. Jeśli czytaliście poprzednie tomy i jesteście zdeterminowany przeczytać wszystkie części, to sięgnijcie i po ten tom, ale odłóżcie na bok wszystkie oczekiwania.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zysk i S-ka


Zobacz więcej >

Miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś – kim jesteśmy


Miałam okazję przeczytać w swoim życiu wiele książek o wojnie. Niektóre z nich okazały się dla mnie wyjątkowymi, zapadającymi w pamięć lekturami, które trafiły do grona najważniejszych dla mnie powieści. O Słowiku, choć słyszałam wiele pozytywnych opinii, to tak naprawdę nie widziałam zbyt dużo. Dowiedziałam się o tej książce, jeszcze przed jej premierą w Polsce i miałam nadzieję, że w końcu ktoś ją u nas wyda. Na szczęście tak się stało, a po przeczytaniu opisu od razu wiedziałam, że muszę przeczytać tę książkę.

Isabelle i Vianne są siostrami, jednak dzieli je wszystko. Zarówno wiek, okoliczności, w których przyszło im dorastać, jak i sposób patrzenia na świat. Vianne to matka i żona, dla której najważniejsza jest rodzina. Isabelle to z kolei urodzona buntowniczka, która nie chce podporządkować się nikomu i niczemu. Wybucha wojna. W 1940 roku Francja zostaje zajęta przez Niemcy. Vianne ma nadzieję przetrwać wojnę, kiedy Isabelle chce walczyć o swoją ojczyznę. Każdej z nich przyjdzie jednak stoczyć własną potyczkę. Starsza siostra zostaje zmuszona do przyjęcia pod dach niemieckiego kapitana, natomiast młodsza dołącza do ruchu oporu. Nim wojna dobiegnie końca, przyjdzie im zmierzyć się z bólem, głodem, zimnem i nieopisanym okrucieństwem.

Wojna nie jest tematem łatwym ani lekkim. Niektóre powieści, które czytałam, używały jej bardziej jako tła dla rozgrywających się wydarzeń, niż określały jako kluczową i jej najważniejszą część. Wątki bohaterów wysuwały się na pierwszy plan i nierzadko przesłaniały jej ogrom i skalę. W Słowiku autorka jednak niczego nie ubarwiła, nie zepchnęła wojny na dalszy plan, ale ukazała jej brutalne okrucieństwo. Nie brak tu głodu i zimna, zapachu strachu i śmierci, a wszystko zostało przedstawione niesamowicie dosadnie i realnie. Wszystko uderza w czytelnika, który momentami może poczuć się tym przytłoczony. Kiedy odkładałam tę książkę, choć na chwilę nie mogłam się otrząsnąć, a po jej przeczytaniu wszystko naokoło wydawało się takie trywialne i pozbawione sensu.

Słowik jest przede wszystkim opowieścią o kobietach. Nierzadko ich udział w wojnie został pominięty, być może zapomniany. Ta książka pokazuje, jak ona wyglądała z ich perspektywy. Co czuły i czego doświadczyły kobiety, które jak Vianne czekały w domach na powrót swoich mężów. Co działo się z tymi, które podjęły heroiczną walkę, nie dały się złamać, nie poddały się, ale dołączyły do ruchu oporu i sprzeciwiły się okupantowi. Kristin Hannah w swojej powieści skupia się na zwykłych rodzinach, na tym, z czym musiały się mierzyć. Nie był to tylko głód i zimno, ale także poniżenia oraz niekończące się wybory. Nierzadko pojawiały się dylematy, którym trzeba było stawić czoła, mimo że zawsze niosły za sobą ogromne ryzyko. Autorka w swojej powieści ukazuje wszystkie odcienie wojny, a każdy aspekt tej historii jest wyważony i idealnie uzupełnia się z pozostałymi.

Słowik to książka niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, która zasługuje na każdą pochlebną opinię, na każdą pozytywną recenzję, ponieważ nie można powiedzieć o niej złego słowa. Wszystko w tej powieści jest niezwykle namacalne, a choć wydarzenia są fikcyjne, to mogłyby wydarzyć się naprawdę. Podczas lektury towarzyszyła mi cała gama emocji, nad którymi momentami ciężko było zapanować. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać i pozwolić się jej pochłonąć.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Nie zawsze można mieć wszystko, czego się pragnie


Brandon Sanderson z każdą kolejną książką zaskakuje mnie ogromem swojej wyobraźni oraz różnorodnością swoich powieści. Mogłoby się wydawać, że po tylu świetnych seriach, nie będzie już w stanie zaoferować nam nic nowego, jednak za każdym razem okazuje się, że to nie koniec, a dopiero początek, gdyż jego kreatywność nie ma końca.

Nad małym miasteczkiem Idris zawisła groźba ze strony Hallandrenu, w którego pałacach mieszkają bogowie. Niegdyś byli tylko zwykłymi ludźmi, jednak chwalebna śmierć przywróciła ich odmienionych do tego świata. Sprawują oni władzę nad armią niepokonanych wojowników, gotowych ruszyć w każdej chwili na ojczyznę Siri i Vienny. Król Idris chcąc zyskać trochę czasu, by znaleźć rozwiązanie przed ostateczną rozgrywką, poświęca swoją córkę, która ma poślubić okrutnego tyrana. W tym celu trafia do Hallandrenu, serca świata, gdzie prym wiedzie potężna magia. Czy księżniczka odnajdzie się w nowej sytuacji i zdoła odmienić koleje losu mieszkańców swojej ojczyzny? Jaką tajemnicę ukrywa Król-Bóg?

Rozjemca to pierwszy tom cyklu Siewca wojny, który został wydany w naszym kraju kilka lat temu pod takim samym tytułem jak seria. Wydawnictwo postanowiło jednak odświeżyć czytelnikom tę historię i wydało ją w nowej szacie graficznej oraz pod zmienionym tytułem. Książka rozpoczyna się niezwykle interesująco. Cała akcja rozwija się dosyć powolnie, zostajemy wprowadzeni do nowego świata, poznajemy kolejny rodzaj magii i ciekawych bohaterów. Rozjemca jest kolejną rozbudowaną i wielowątkową powieścią Sandersona, ale fabuła skupia się w szczególności na kilku głównych bohaterach. Należą do nich oczywiście siostry księżniczki, na pierwszy rzut oka całkiem różne. Vienna jest starsza, bardziej doświadczona, natomiast jej młodsza siostra Siri to czarna owca rodziny. Z czasem jednak dojrzewa i właśnie wtedy można dostrzec wyraźne podobieństwo między siostrami. Pojawia się tu również tajemniczy Vasher – rewolucjonista władający nader interesującym ostrzem. Susebon jest królem bogiem i to wokół niego kształtuje się najbardziej zawiła intryga. Oczywiście, to nie wszyscy bohaterowie, bo Sanderson potrafi umiejętnie rozwijać swoje powieści, przez co osiągają one bardzo imponujące rozmiary.

Autor, jak zwykle zachwyca wykreowanym przez siebie światem, ale to stworzony przez niego system magiczny robi największe wrażenie. Po stworzeniu tylu fantastycznych książek i kilku rodzajów magii autor pokazuje, że nadal można pozostać oryginalnym i zaserwować czytelnikom coś całkiem nowego. Stworzony przez niego system zwie się Biochromą i w głównej mierze polega na zbieraniu Oddechów, które można zbierać w różnych ilościach w zależności, na jakim poziomie zaawansowania się znajdujesz. Moc ta może posłużyć do wielu rzeczy, jednak jest najczęściej wykorzystywana do przebudzania ludzi i przedmiotów. Czytelnik z czasem poznaje coraz więcej szczegółów dotyczących Biochromy, krok po kroku odkrywając jej kolejne tajemnice.

Rozjemca to kolejna fantastyczna książka w dorobku Brandona Sandersona. To książka pełna magii, intryg, spisków i zapadających w pamięć bohaterów. Choć akcja na początku rozwija się powoli, to później nabiera tempa i trzyma w napięciu do samego końca. Trudno nie zachwycać się tą książką, która wciąga od samego początku. Po raz kolejny Brandon Sanderson udowodnił, że jest niesamowitym autorem, dlatego nie pozostaje mi nic innego jak gorąco zachęcić Was do zapoznania się z jego twórczością i Rozjemcą.


Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl


Zobacz więcej >

To całkiem ludzkie, wierzyć, że w innym miejscu i czasie było lepiej niż tu i teraz


Brandon Sanderson to w ostatnim czasie jeden z najpopularniejszych autorów fantasy, o którym bardzo wiele mówi się również w Polsce. W bardzo krótkim czasie wydano wiele jego książek w naszym kraju, pojawiło się również kilka reedycji, a Elantris jest właśnie jedną z nich. Jest to również jego debiut literacki, a z racji, że Brandon Sanderson należy do grona moich ulubionych autorów, było dla mnie kwestią czasu, kiedy sięgnę także i po tę książkę. Z wielką przyjemnością zabieram się za każdą jego powieść, jednak tej byłam szczególnie ciekawa. Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że autorowi nie brak genialnych pomysłów i potrafi zaskoczyć czytelnika na wiele różnych sposobów, dlatego chciałam przekonać się, jakiego kalibru książką rozpoczął swoją karierę.

Elantris było niegdyś pięknym, ogromnym i wzbudzającym podziw miastem. Pełnym magii miejscem, stolicą Arelonu, zamieszkaną przez istoty o białych włosach i srebrzystej skórze. Wszystko, jednak drastycznie się zmieniło, kiedy Shaod, czyli tajemnicza i odmieniająca moc zawiódł. Miasto uległo przeobrażaniu, dotknęła jego choroba, a Elantryjczycy zostali odmienieni. W jego cieniu powstało miasto Kae, które zostało nową stolicą. To właśnie do niej przybywa księżniczka Sarene z Teodu, aby zawrzeć polityczne małżeństwo z księciem Raodenem. Kiedy jednak tam dociera dowiaduje się, że jej niedoszły mąż ginie, a ona jest uważana za wdowę po nim.

Nie bez powodu Sanderson jest tak popularnych autorem, gdyż już w swoim debiucie stworzył starannie opracowany świat, ujmujących bohaterów i przemyślaną fabułę, w której nie zabrakło fantastycznych momentów. Nie można również zapomnieć, że autor słynie ze swoich systemów magicznych, jednak w Elantris magia nie wysuwa się na pierwszy plan, tak jak w przypadku „Z mgły zrodzonego”, gdzie już od samego początku mieliśmy do czynienia z Allomancją. W debiucie autora polega ona na kreśleniu Aonów, czyli starożytnych glifów, które można wykorzystać na wiele różnych sposobów.

Elantris jest lekturą wciągającą, gdyż czytelnik już od pierwszych stron jest zainteresowany losami miasta i żyjących w nim istot. Akcja jednak nie biegnie w zawrotnym tempie, a raczej toczy się swoim rytmem. Nie znajdziemy w tej książce również spektakularnych i widowiskowych scen walk, które można znaleźć w innych książkach Sandersona. Nie oznacza to jednak, że po pewnym czasie dopadnie nas nuda, bo Elantris jest na to zdecydowanie zbyt dobrą powieścią. Pojawia się wiele interesujących postaci, ale fabuła skupia się głównie na trzech bohaterach. Pierwszym z nich jest Raoden – następca tronu Arelonu, szczery i odważny mężczyzna pełen ideałów. Sarene – księżniczka Teodu i narzeczona Raodena, piękna i niezwykle inteligentna kobieta. Ostatnim z głównych bohaterów jest Hrathen – gyorn i arcykapłan na usługach cesarza Fjordenu, który może się poszczycić swoją czerwoną zbroją, wyrachowaniem oraz niezwykłą ostrożnością.

Nie mogę wspomnieć o pięknej oprawie graficznej książki i nie chodzi mi tutaj tylko o okładkę, ponieważ we wnętrzu książki znajdziemy kolorowe mapy, a także symbole magicznych Aonów, które zdobią początek każdego rozdziału. Okładka jest twarda, a książka posiada w dodatku wstążkę, dzięki czemu nie musimy się martwić, gdy zapomnimy, gdzie przerwaliśmy lekturę. Na końcu tego wydanie znajdziemy również Ars Arcanum, czyli wyjaśnienia dotyczące AonDor – systemu magii w Elantris i spis Aonów z wyjaśnieniami. Najciekawszym jednak według mnie dodatkiem są usunięte z książki sceny, które zostały umieszczone na samym końcu.

Elantris jest bardzo udanym debiutem autora, który już w pierwszej książce ukazał swój ogromny potencjał. Nie ma tu może tak wiele wartkiej akcji i porywających potyczek, jak w kolejnych książkach autora, jednak dla mnie była to miła odmiana. Sanderson pokazał, że książka fantasy może być równie wciągająca i łatwo zapaść w pamięć nawet bez takich momentów. Właśnie dlatego osoby, które nie znają jeszcze twórczości autora, nie powinny się wahać, czy zacząć swoją przygodę właśnie od Elantris.

Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Księgarni internetowej Bookmaster.pl
Zobacz więcej >

Powiedz mi trzy rzeczy...

Jessie po śmierci matki wyjeżdża z Chicago, by zacząć całkiem nowe życie z ojcem i jego nową żoną. Przeprowadza się do Los Angeles i rozpoczyna naukę w nowej szkole, jednak pośród bogatych dzieciaków i otaczającym ją przepychu trudno jej się odnaleźć. Czuje się samotna i odczuwa tęsknotę za przyjaciółmi, których zostawiła w rodzinnym mieście. Nieoczekiwanie otrzymuje jednak wiadomość, od osoby, która podpisuje się jako Ktoś/Nikt. Zaczyna się z nim regularnie kontaktować i w krótkim czasie tajemniczy osobnik staje się dla niej przyjacielem, który udziela jej cennych wskazówek i pomaga przetrwać początki w nowej szkole. Z czasem anonimowość zaczyna ją jednak męczyć. Kim tak naprawdę jest Ktoś/Nikt i czy Jessie w końcu pozna jego tożsamość?

W ostatnim czasie sięgałam głównie po książki fantastyczne, ale po przeczytaniu opisu Coś o tobie i coś o mnie oraz kilku pozytywnych opinii na temat tej historii nabrałam ochoty do zapoznania się z jakąś ciekawą młodzieżówką, a mój wybór padł oczywiście na powieść Julie Buxbaum.

Zacznę od tego, że fabuła książki jest według mnie bardzo przewidywalna, ale w przypadku tej powieści jakoś szczególnie mi to nie przeszkadzało. Wydarzenia toczą się swoim rytmem, nie mamy tutaj wartkiej akcji i jej zapierających dech w piersiach zwrotów. Tożsamość tajemniczej osoby podpisującej się jako Ktoś/Nikt również nie była szczególnie trudna do odgadnięcia, jednak w zakończeniu autorka trochę mnie zaskoczyła. Finałowa scena była bardzo zabawna, ze względu na zabiegi Julie Buxbaum, która chciała na samym końcu namieszać czytelnikowi w głowie i zmylić jego podejrzenia. Ostatecznie moje przypuszczenia się potwierdziły, ale i tak doceniam próbę autorki.

Jessie jest bohaterką, która na szczęście nie irytuje i nawet jest o wiele dojrzalsza niż swoje szesnaście lat. Czasami zachowuje się, jak na nastolatkę przystało, ale przecież ma do tego pełne prawo. W książce pojawia się również interesująca postać męska, a jest nią Ethan – tajemniczy i wycofany chłopak, który trzyma się na uboczu. Ma przenikliwy umysł, jednak najczęściej woli się nie wychylać i zatrzymuje swoje przemyślenia dla siebie. W książce pojawiają się także inni bohaterowie, w tym syn nowej żony ojca głównej bohaterki, czy stereotypowa szkolna zołza, która uprzykrza Jessie życie.

Tym, co podobało mi się w książce najbardziej, były liczne nawiązania do poezji, a konkretniej do Ziemi jałowej T. S. Eliota. Bohaterowie w książce mieli za zadanie omówić poemat w ramach zajęć, dlatego para głównych bohaterów spotykała się dość często i dyskutowała na jego temat. Twórczość T. S. Eliota znam bardzo dobrze, w tym również Ziemię jałową, dlatego nawiązanie to tego poematu w książce było dla mnie naprawdę miły zaskoczeniem. 

Coś o tobie i coś o mnie to lekka i przyjemna książka, do przeczytania w jedno popołudnie. Nie jest to odkrywcza historia, która powali nas na kolana wyrafinowanym językiem i zawiłą fabułą, jednak mimo to można czerpać przyjemność z jej czytania. Dobrze bawiłam się przy tej powieści, więc jeśli szukacie ciekawej młodzieżówki, to jak najbardziej polecam Wam Coś o tobie i coś o mnie.


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Grupie Wydawniczej Publicat
Zobacz więcej >

Niektórzy ludzie uświadamiają sobie, czego chcą, dopiero wtedy, kiedy już nie mogą tego mieć

Liv ma niezwykły talent do pakowania się w kłopoty. Jej sytuacja z czasem staje się jeszcze bardziej dramatyczna, a dziewczyna znajduje się w trudnym położeniu. Dawni wrogowie powracają, a problemy narastają. Liv i jej przyjaciele muszą połączyć siły, aby stawić czoła zagrożeniu, które czyha zarówno we śnie, jak i na jawie.

Dwa poprzednie tomy trylogii o przygodach Liv Silver podobały mi się. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale jeśli tak jak i ja interesujecie się tematem snów i świadomego śnienia, to przy tych książkach możecie naprawdę miło spędzić czas i w dodatku dobrze się przy tym bawić. Byłam bardzo ciekawa, jak autorka pokieruje losy bohaterów w finale tej historii i w jaki sposób ostatecznie ją zakończy. Zakończenie zawsze ma dla mnie szczególnie znaczenie, ponieważ już nieraz zdarzyło się, że wspaniała historia została zamknięta w tak nietrafiony sposób, że zepsuła mi odbiór całej powieści. Właśnie dlatego miałam nadzieję, że Kerstin Gier mnie nie zawiedzie.

Książka, choć nie jest wypełniona po brzegi wartką akcją i jej ciągłymi zwrotami, to jednak jest tak barwna, nieco szalona i urocza, że trudno jej nie polubić. Autorka skupiła się w tym tomie na rozwijaniu relacji pomiędzy dobrze już znanymi nam bohaterami, jednak i w Trzeciej księdze snów wprowadziła kilka ciekawych postaci. Akcja kręci się wokół głównego wątku, którym jest oczywiście stawienie czoła głównemu antagoniście. Jest on nieprzewidywalny, a niektóre jego poczynania mogą zaskoczyć. Pojawiają się również wątki miłosne, ale na szczęście nie wysuwają się na pierwszy plan, a są raczej miłym dodatkiem do powieści.

Trzecią księgę snów czyta się tak samo szybko, jak dwie poprzednie części. Styl Kerstin Gier jest bardzo lekki i przystępny, dlatego tę powieść, tak jak i poprzednie przeczytałam za jednym razem, w zaledwie kilka godzin. Autorka dobrze skonstruowała całą historię, posplatała ze sobą wszystkie wątki, które tworzą spójną i przemyślaną całość.

Muszę oczywiście wspomnieć o pięknym wydaniu nie tylko trzeciego tomu, ale i całej tej trylogii. Każda część ma niesamowitą, przyciągającą wzrok twardą okładkę. W środku znajdziemy śliczną wklejkę, a na kartach książek często pojawiają się również małe, urocze grafiki.

Trzecia księga snów dorównuje poziomem dwóm poprzednim tomom tej trylogii, a nawet minimalnie je przewyższa. Jestem usatysfakcjonowana zakończeniem, które zaserwowała czytelnikom autorka, a po którym można z zadowoleniem i bez żadnych pretensji odłożyć książkę na półkę. Kerstin Gier w zajmujący sposób rozwiązała rozpoczęte wątki i zdradziła skryte na kartach książki sekrety. Jeśli czytaliście poprzednie tomy, to jak najbardziej powinniście zapoznać się z zakończeniem. Jeśli jednak jeszcze nie znacie tej trylogii, a szukacie lekkich i ciekawych książek, które pozwolą Wam zabić czas, to mogę zapewnić, że Silver dobrze sprawdzi się w tej roli.

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina

Zobacz więcej >

[Przedpremierowo] Zawsze jest nadzieja

Król nie żyje, a Wielkie Płaszcze zostały rozwiązane. Falcio val Mond pierwszy kantor królewskich trybunów oraz jego towarzysze Kest i Brasti od pięciu lat poszukują bez rezultatów królewskich charoitów. Niegdyś szanowani i poważani, teraz nazywani zdrajcami lub obdartymi pelerynami. Kiedy zginął król, utracili osobę, której praw mieli za zadanie strzec, dlatego skończyli jako straż przyboczna szlachcica, któremu w dodatku nie spieszy się z zapłatą. Wbrew woli i całkiem niespodziewanie zostają uwikłani w morderstwo i walkę o tron. Jak postąpią dawne Wielkie Płaszcze? Czy uda im się odnaleźć królewskie klejnoty?

Kiedyś całkiem przypadkiem natknęłam się na opis Ostrza zdrajcy w języku angielskim. Książka bardzo mnie zainteresowałam, dlatego miałam nawet zamiar zabrać się za nią w oryginale, jednak całe szczęście Wydawnictwo Insignis postanowiło wydać pierwszy tom Wielkich Płaszczy w języku polskim. Sięgając po Ostrze zdrajcy, które warto wspomnieć, jest debiutem literackim autora, miałam nadzieję na ciekawą i interesującą powieść. Szukałam kolejnego fantastycznego świata, w którym mogłabym się zanurzyć i ku mojemu zaskoczeniu znalazłam go.

W książce mamy do czynienia z narracją pierwszoosobową. Kluczową rolę w całej historii odgrywa oczywiście Falcio i to z jego perspektywy obserwujemy rozgrywające się wydarzenia. Pierwszy kantor jest interesującą postacią, którą muszę przyznać, polubiłam już od pierwszych stron. To on pomógł utworzyć Wielkie Płaszcze, a później stanął na ich czele, do czasu aż został zmuszony się poddać, przez co został uznany za zdrajcę. Nie porzucił jednak swoich przysiąg i dalej stara się nieść sprawiedliwość. Również Kest i Brasti z łatwością i bardzo szybko zyskali moją sympatię. Kest jest z całej trójki zdecydowanie najrozsądniejszy, natomiast Brasti to wolny duch, który w przeciwieństwie do swoich towarzyszy nie włada rapierem, ale po mistrzowsku posługuje się łukiem. Całą trójkę łączy wieloletnia przyjaźń, która trzyma ich razem i nieustannie pcha naprzód. 

Autor nie wprowadza nas w swoją historię stopniowo, powoli zaznajamiając nas z wykreowanym przez siebie światem, ale już na pierwszych stronach rzuca nas w wir wartkiej akcji. Nie odczuwamy jednak przez to uczucia zagubienia, gdyż nie ma tak naprawdę wiele do wyjaśniania. Świat wykreowany przez Sebastiena de Castella nie jest szczególnie skomplikowany i został przedstawiony w bardzo przystępny dla czytelnika sposób. Pojawia się magia, jednak raczej jako dodatek, gdyż na kartach książki przewija się w bardzo małych ilościach. Główną znaczącą równicą, która dla mnie była miłą odmianą, jest fakt, że główne postacie, czyli Wielkie Płaszcze nie są odzianymi w ciężkie zbroje rycerzami, ale sędziami sprawiedliwości uzbrojonymi w rapiery. W książce wydarzenia z teraźniejszości przeplatają się ze wspomnieniami głównego bohatera, które w jakimś stopniu go ukształtowały lub miały znaczący wspływ na fabułę. 

Bardzo przypadł mi do gustu styl autora. Z jednej strony jest prosty i przystępny, jednak z drugiej nie brak mu ironii i szczypty czarnego humoru. Sebastien de Castell zdecydowanie lubi utrudniać życie swoim bohaterom, którzy nieustannie wpadają w tarapaty, co kończy się zazwyczaj walką i tych momentów jest w książce bardzo dużo. Muszę jednak przyznać, że to właśnie sceny potyczek oraz wspomnienia głównego bohatera są zdecydowanie moją ulubioną częścią tej książki. Autor ciekawie buduje napięcie przez całą powieść, wyraźnie prowadzi nas w określonym kierunku, do zakończenia, którego się nie spodziewałam. Miałam swoje podejrzenia, jednak pewność zyskałam dopiero kilka stron przed ujawnieniem przez autora wszystkich szczegółów.

Ostrze zdrajcy to wciągająca, pełna spisków, walk i zwrotów akcji książka, która zaskoczyła mnie i oczarowała. Nie spodziewałam się jednocześnie tak prostej i świetnie napisanej powieści będącej w dodatku debiutem. Już nie mogę się doczekać kolejnego tomu tej serii, który mam nadzieję, okaże się jeszcze ciekawszy od pierwszej części. Jeżeli szukacie nieskomplikowanej fantastycznej historii, z którą można miło spędzić czas, dobrze się przy tym bawiąc, to Ostrze zdrajcy na pewno Was nie zawiedzie.

Zwiastun książki





PREMIERA 24 MAJA


Za możliwość przeczytania książki przedpremierowo serdecznie dziękuję Wydawnictwu Insignis 
Zobacz więcej >
Zatracona w słowach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka