Każdy z nas rodzi się z melodią ukrytą głęboko w sercu

Legenda głosi, że na początku był Namsara – zrodzony z nieba i ducha – który wszędzie, gdzie się pojawił, przynosił miłość i śmiech oraz Iskari – niszczycielka zrodzona z krwi i blasku księżyca. W duchu tych wierzeń została wychowana Asha, córka króla Firgaardu, która z czasem stała się budzącą postrach pogromczynią smoków i przejęła rolę Iskari. Dziewczyna zabija smoki i przynosi ich głowy królowi, jednak nawet to nie jest w stanie wybawić jej od obowiązku ślubu z okrutnym komendantem. Asha zyskuje jednak szansę na ocalenie. Czy zabicie najpotężniejszego smoka w całym Firgaardzie przyniesie jej wolność i pozwoli odnaleźć własną drogę?

Ostatni Namsara to pierwszy tom serii Iskari i debiut literacki Kristen Ciccarelli, który zrobił niemałą furorę za granicą. Zebrał wiele pozytywnych opinii oraz otrzymał bardzo wysokie oceny w serwisie Goodreads. Moją uwagę przyciągnęła nie tylko piękna okładka, ale również opis, który bardzo mnie zainteresował i to głównie ze względu na smoki, dlatego bardzo ucieszyłam się na wieść, że ta książka ukaże się w Polsce. Nie wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej powieści, dlatego podeszłam do niej bez żadnych większych oczekiwań i nie żałuję, ponieważ nie zawiodłam się na niej, ale nie jestem też jakoś szczególnie oczarowana. 

Chciałabym napisać, że ta książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, ale niestety tak się nie stało. Na początku bardzo ciężko było mi się wbić w tę historię, przez długi czas nie mogła ona utrzymać mojego zainteresowania. Zdarzało się, że czytałam kilka stron, po czym odkładałam książkę, by wrócić do niej za jakiś czas. Z tego powodu, choć nie jest ona długa, gdyż liczy sobie nieco ponad czterysta stron, czytałam ją przez bardzo długi czas. Na szczęście w miarę czytania było coraz łatwiej, akcja nabiera tempa i dzieje się naprawdę wiele, dlatego mogę wybaczyć autorce ten monotonny początek, który nieco mnie zniechęcił.

Kristen Ciccarelli wykreowała całkiem nowy fantastyczny świat, pojawia się wiele nazw własnych, dlatego czytelnik na początku może czuć się zagubiony. Trzeba zagłębić się w tę historię, aby lepiej ją zrozumieć i zorientować się dokładnie kto jest kim i gdzie co się rozgrywa. Bardzo żałuję, że w tej książce nie pojawiły się mapka i słowniczek, które z pewnością ułatwiłyby czytelnikowi orientację w tym świecie. Od początku przypadł mi do gustu styl autorki, który jest lekki i przystępny, sprawia, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. W powieści została zastosowana narracja trzecioosobowa, co również uznaję za wielki plus. Możemy poznać tę historię z szerszej perspektywy i jednocześnie zyskać odpowiedni dystans do rozgrywających się wydarzeń. Ciekawym posunięciem było również wyróżnienie w książce opowieści, które na jej kartach snują bohaterowie. Świetnie uzupełniało to całą historię i dodawało jej uroku.

Największy problem w tej książce miałam niestety z bohaterami. Choć bardzo się starałam, to niestety nie udało mi się z nimi zżyć. Prawie wszystkie postacie zyskały moją sympatię, ale nie potrafiły mnie do siebie przekonać, czytałam o tym, co się z nimi działo i choć trzymałam za nich kciuki, to ich los w gruncie rzeczy był mi raczej obojętny. Warto jednak wspomnieć o głównej bohaterce, czyli Ashy, która ma silny charakter, nie boi się wyzwań i wie, czego chce. Na początku jest bezwzględna i zabójcza, ale przede wszystkim obojętna. Z czasem jednak jej nastawienie ulega zmianie, a dziewczyna dopuszcza do głosu swoje sumienie. W książce pojawia się oczywiście wątek romantyczny, który jest niestety raczej wtórny i nie mogę napisać, że jakoś szczególnie mnie porwał.

Ostatni Namsara to oryginalna historia, która na pewno przypadnie do gustu nastoletniemu czytelnikowi, choć starsze osoby również mogą po nią sięgnąć. Nie jest ona pozbawiona wad, jednak uważam, że zalet jest o wiele więcej i to na nich powinniśmy się skupić. Miło spędziłam czas przy tej książce, jednak będę ukrywać, że nie zachwyciła mnie ona tak, jak się tego spodziewałam. To dobry debiut, ale na tle innych książek fantastycznych moim zdaniem wypada dość blado. Mimo to jestem bardzo ciekawa, jak autorka dalej rozwinie tę historię, dlatego na pewno sięgnę po kolejny tom.  


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu IUVI
Zobacz więcej >

Historia warta opowiedzenia


Chaol Westfall oraz Nesryn Faliq przybywają na Południowy Kontynent do pięknego miasta Antica. Były kapitan Gwardii Królewskiej ma nadzieję, że któraś ze słynnych uzdrowicielek z Torre Cesme zdoła go uleczyć. Nie jest to jednak jego jedyne zadanie. Kontynent znajduje się we władaniu potężnego kagana, z którego Chaol ma nadzieję uczynić sojusznika w wojnie przeciwko ciemności. Jednak to, co czeka Chaola i Nesryn, przerośnie ich najśmielsze oczekiwania i odmieni losy nadchodzącej wojny.

Wieża świtu to już szósty tom niezwykle popularnej zarówno w Polsce, jak i na całym świecie serii Szklany tron, która niestety powoli zbliża się ku końcowi. Nie będę ukrywać, że mam ogromny sentyment do tej historii, towarzyszy mi ona już od wielu lat i choć nie przeczę, że ma wady, to jednak jest mi ona tak bliska, że nie potrafię przykładać do nich większej wagi. Z Wieżą świtu miałam jednak problem jeszcze na długo przed jej wydaniem za granicą. Pamiętam, kiedy pojawiła się informacja, że premiera finałowego tomu serii została przesunięta i że międzyczasie wyjdzie jeszcze jedna książka skupiająca się na Chaolu. Jak można się domyślić, nie skakałam z radości, bo nie znosiłam Chaola i nie wyobrażałam sobie, że miałabym przebrnąć przez całą książkę o nim. Wieża świtu wedle zamysłu autorki miała być na początku tylko nowelką, ale rozrosła się do monstrualnych rozmiarów i ostatecznie została kolejnym tomem serii. Wydarzenia rozgrywają się tu równolegle do tych, które mieliśmy okazję obserwować na kartach Imperium burz. Nie wiązałam z tą książką żadnych nadziei, nie miałam żadnych oczekiwań, spodziewałam się wręcz, że mi się nie spodoba. Czekało mnie jednak wielkie zaskoczenie.

Nigdy nie lubiłam Chaola, już w Szklanym tronie wiedziałam, że nie przypadniemy sobie do gustu. Kolejne tomy tego nie zmieniły, a wręcz przeciwnie, moja awersja do niego rosła. Dlatego tak trudno mi teraz otrząsnąć się po Wieży świtu, która całkowicie odmieniła mój stosunek do tej postaci. Wielka niechęć, którą do niego czułam, nagle zniknęła i jestem całkowicie zagubiona, bo to teraz jedna z moich ulubionych postaci w tej serii. Mam wrażenie, że Sarah J. Maas nigdy nie dała mi tak naprawdę możliwości, aby go poznać. Oczywiście od pierwszego tomu Chaol należy do grona głównych bohaterów, jednak gdzieś w połowie serii został on zepchnięty na dalszy plan i wszystko skupiło się wokół Aelin. Trzeba było stworzyć dla niego cały osobny tom, aby ukazać wszystkie zawiłości jego charakteru, wszystkie jego blizny, to co trzymał w sercu i co od dawna zżerało go od środka. Chaol to bohater zbudowany na solidnych podstawach. Kieruje się honorem, jest uczciwy, ma dobre i dumne serce. Teraz uważam, że to właśnie on został najbardziej skrzywdzony na kartach tej serii, wszyscy inni jakoś sobie poradzili ze swoimi demonami, jednak jemu nigdy się to nie udało. Obserwowanie jak walczy z mrokiem, który się w nim zagnieździł, było niezwykle bolesne, ale również bardzo piękne, bo pomimo tak wielu ciosów, nie poddał się, tylko powstał by walczyć dalej.

Kiedy tylko przeczytałam opis tej książki, wiedziałam, że na pewno pojawi się w niej Yrene Towers, którą mogliśmy poznać w nowelce Zabójczyni i Uzdrowicielka. Nie spodziewałam się jednak, że okaże się ona tak świetną postacią, która ma w tej serii ogromną rolę do odegrania. Yrene jest przeciwieństwem bohaterek, z którymi do tej pory mieliśmy styczność. Jest niezwykle utalentowaną uzdrowicielką, nie walczy, nie zabija, zajmuje się za to leczeniem i ratowaniem ludzkiego życia. Ma ognisty temperament i cięty język, jednak mimo to pozostaje bardzo kobieca. Wiele wycierpiała w swoim życiu i równie wiele poświęciła, aby dotrzeć do Torre i zostać pełnoprawną uzdrowicielką. Jej zadaniem jest wyleczyć Chaola, nie jest to jednak łatwe ani dla niego, ani dla niej. Dziewczyna również ma swoje demony i choć umie sobie z nimi radzić, to jednak cały czas płonie w niej nienawiść. Nienawiści żywiona do Adarlanu, który odebrał jej matkę i szczęśliwe dzieciństwo. Z czasem jednak Yrene dostrzega, że nic z tego, co jej się przydarzyło nie jest winą Chaola. Choć nieustannie się kłócą i walczą ze sobą, to jednak zawiązuje się między nimi nić sympatii, która z czasem przeradza się w coś więcej.

Książka liczy sobie ponad osiemset stron. Większa część książki poświęcona jest Chaolowi, ale Nesryn również otrzymała sporo miejsca, aby się pokazać. Na początku wątki tych bohaterów były bardzo mocno ze sobą splecione, ale w pewnym momencie bohaterowie się rozdzielają. Chaol zajmuje się swoimi sprawami w Antice, natomiast Nesryn w towarzystwie księcia Sartaqa odbywa podróż w góry zamieszkiwane przez rukhin – jeźdźców dosiadających ruków, czyli ogromnych ptaków przypominających orły. Na początku zarówno ten wątek, jak i sama Nesryn jakoś szczególnie mnie nie interesowały. Nesryn to postać, która pojawiła się w czwartym tomie, ale nie odgrywała w nim jakiejś szczególnej roli, nie wyróżniała się z tłumu, więc w gruncie rzeczy nie mieliśmy okazji lepiej jej poznać. Uważam, że to bardzo ciekawa bohaterka, twarda i waleczna, ale jednocześnie wrażliwa, wychowała się w Adarlanie, jednak jej rodzina pochodzi z Południowego Kontynentu i to właśnie tu dziewczyna czuje się jak w domu. Wątek Nesryn okazał się bardzo interesujący i czytałam go z równie wielkim zaangażowanie, z jakim śledziłam losy Chaola. Mamy okazję poznać rukhin, wśród których znalazło się wiele ciekawych i świetnie wykreowanych bohaterów. Ku mojemu zaskoczeniu pojawiła się jeszcze jedna postać z nowelek, a konkretnie z nowelki Zabójczyni i Czerwona Pustynia, która również okazała się mieć w tej historii rolę do odegrania. Ten wątek, choć się na to nie zapowiadał, okazał się niezwykle istotny dla całej serii, Sarah J. Maas ujawniła nam za jego sprawą bardzo istotne informacje, które wyjaśniły wiele spraw i na pewno okażą się kluczowe w kolejnym tomie.

Akcja w tej książce w przeciwieństwie do poprzednich tomów serii nie gna łeb na szyję. Takich podniosłych momentów czy trzymających w napięciu potyczek jest bardzo mało, skupiamy się tu na leczeniu Chaola i pobycie Nesryn u rukhin, zamiast walk na śmierć i życie mamy politykę i dworskie intrygi. Ta książka jest przede wszystkim smutna, pełna bólu i żalu, opowiada historię o powracaniu do życia, o akceptacji przeszłości i samego siebie. Muszę przyznać, że to miła odmiana i chwila oddechu po nieco patetycznym Imperium Burz. Sarah J. Mass w swoich ostatnich książkach robiła coś takiego, że zaczynała świetnie scenę, ale potem nagle niszczył ją jakąś głupią wypowiedzią bohatera. Nic takiego na szczęście nie dzieje się w Wieży świtu. Na pochwałę zasługuje również styl autorki, który z tomu na tom robi się coraz lepszy. Niektóre rzeczy jednak się nie zmieniają, czyli na przykład parowanie wszystkich ważnych bohaterów, czy niektóre zabiegi fabularne wielokrotnie już wykorzystywane przez autorkę w jej książkach. Wieża świtu jest jednak tak dobra, że można przymknąć okno na jej niedoskonałości, a przynajmniej ja to zrobiłam.

Wieża świtu to dla mnie największe zaskoczenie tego roku. Nie spodziewałam się, że ta książka tak mną wstrząśnie i całkowicie odmieni mój stosunek do Chaola. Liczy sobie ona prawie osiemset stron, tempo akcji jest dość powolne, ale ja nie nudziłam się ani chwilę podczas jej czytania. Zakończenie wzbudziło we mnie wiele różnych emocji, z którymi nadal się nie uporałam i wiem, że nie uda mi się to jeszcze przez dłuższy czas. Nie mogę się już doczekać aż w moje ręce wpadnie Kingdom of Ash, ale jednocześnie przepełnia mnie głęboki smutek na myśl, że to już ostatni tom. Wiem, jednak że bez względu na to, jak zakończy się ta historia, jej finał będzie epicki, dlatego warto jeszcze trochę na niego poczekać.  

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros 
Zobacz więcej >

Życie składa się z drobnostek

Lara Jean to nastoletnia dziewczyna, która w swoim życiu kochała pięciu chłopców. W pudle na kapelusze, które otrzymała od zmarłej przed kilkoma laty temu matki, trzyma listy miłosne. Nie są to jednak listy zaadresowane do niej. Napisała je do każdego z chłopców, do którego poczuła coś głębszego, aby pozbyć się niechcianych uczuć. Listy nigdy nie miały trafić do adresatów. Coś jednak poszło nie tak. Pewnego dnia pudło zniknęło, a miłosne wyznania spisane na papierze przez Larę Jean zostały rozesłane. Tak naprawdę całą sytuację można by obrócić w żart, gdyby nie to, że jednym z byłych ukochanych Lary Jean jest jej sąsiad i były chłopak jej starszej siostry.

Do wszystkich chłopców, których kochałam to pierwszy tom trylogii opowiadającej perypetie nastoletniej Lary Jean. Warto wspomnieć, że ta książka została już kilka lat temu wydana w Polsce, jednak mam wrażenie, że jej premiera przeszła bez większego echa. Słyszałam wiele pozytywnych opinii na temat powieści Jenny Han, jednak nigdy nie nadarzyła się okazja, aby zapoznać się z tą historią. Z powodu filmu, który niedawno pojawił się na platformie Netflix ponownie zrobiło się jednak głośno na temat tej książki. Wydawnictwo Kobiece postanowiło ponownie wydać pierwszy tom trylogii i już zapowiedziało, że pojawią się dwa kolejne, które wcześniej nie ukazały się w naszym kraju.

Książek młodzieżowych opowiadających o nastolatkach, licealnym życiu, pierwszych miłościach i rodzinie są setki, jeśli nie tysiące. Większość z nich nie prezentuje niczego nowego, powiela tylko ciągle te same schematy, które dawno już przestały być oryginalne. Czasami jednak zdarzają się wyjątki, do których można zaliczyć również Do wszystkich chłopców, których kochałam. Pojawia się tu nie tylko ciekawy wątek, którym są oczywiście listy napisane przez Larę Jean, ale także bohaterowie, których nie da się nie pokochać i spora dawka humoru. Przed sięgnięciem po powieść Jenny Han nie zagłębiałam się za bardzo w fabułę, nie natrafiłam również na żadne spojlery, więc w gruncie rzeczy nie miałam pojęcia, w jakim kierunku rozwinie się akcja. Bardzo się z tego cieszę, bo zostałam mile zaskoczona. Lara Jean znalazła się w dość nieciekawej sytuacji, ale oczywiście, zamiast stawić jej czoła i rozwiązać sprawę za pomocą rozmowy, decyduje się jeszcze bardziej wszystko skomplikować, przez co jej życie wręcz staje na głowie.

Lara Jean to naprawdę bardzo interesująca bohaterka, może nieco roztrzepana i szalona, ale uważam, że to tylko dodaje jej uroku. Jest również bardzo zabawna, a wraz z Peterem, który jest głównym męskim bohaterem tej książki, tworzą naprawdę świetną parę. Ważną rolę w tej historii odgrywa również Josh, czyli były chłopak starszej siostry dziewczyny. Nie mogę powiedzieć, że jakoś szczególnie go polubiłam, ale nie jest również tak, że go nie znoszę. Przez większość książki był mi on raczej obojętny. Inna sprawa ma się oczywiście z Peterem, który może nie od razu zyskał moją sympatię, ale z czasem na nią zasłużył. To świetnie skonstruowana postać, która ma charakterek, a także powody, aby postępować tak, a nie inaczej. Choć nie poznajemy ich wszystkich w tym tomie, to mam nadzieję, że kolejne odsłonią przed wszystkie jego sekrety. 

Do wszystkich chłopców, których kochałam to książka, w której wątek romantyczny odgrywa bardzo ważną rolę, jest jakby osią tej powieści, ale jednocześnie nie zajmuje w niej dominującej pozycji. Przyjaźń, a przede wszystkim rodzina to tematy, które są równie istotne i na szczęście nie zostały one przesłonięte przez romans. Lara Jean ma dwie siostry, jedną starszą i jedną młodszą. Starsza, czyli Margot wyjeżdża na studia do Szkocji, dlatego to Lara Jean musi przejąć jej obowiązki. Matka sióstr zmarła kilka lat temu, zostały one same z ojcem, który starał się jak mógł, jednak nie był w stanie wypełnić całej pustki, która powstała po śmierci jego żony. Rodzina pogodziła się z tą tragedią, łączy ich naprawdę silna więź, są sobie całkowicie oddani i choć oczywiście, jak to w rodzinie zdarzają się sprzeczki, to jednak nikt nie jest w stanie się na siebie długo gniewać.

Do wszystkich chłopców, których kochałam to urocza historia, która bawi i wzrusza. Jest ona skierowana głównie do nastolatek, ale uważam, że również osoby starsze mogą ją docenić. Film na jej podstawie mam już za sobą i choć uważam, że jest on naprawdę dobry, to jednak nie dorównuje książce. Różni się on od niej nieznacznie i mam wrażenie, że kilka wydarzeń zostało zaczerpniętych już z drugiego tomu. Do wszystkich chłopców, których kochałam kończy się dość nagle i tak naprawdę wszystkie wątki pozostały otwarte. Właśnie dlatego nie mogę się doczekać kolejnych tomów, gdyż jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się losy Lary Jean.  


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Księgarni internetowej Selkar.pl 

Zobacz więcej >

Popełniłam błąd

Elle Longfield podróżując pociągiem, spostrzega dwóch młodych mężczyzn z czarnymi workami, którzy próbują nawiązać znajomość z nastoletnimi dziewczynami. Nie dostrzega w tym nic niepokojącego, dopóki nie podsłuchuje, że właśnie opuścili oni więzienie. Odzywa się w niej instynkt macierzyński, gdyż ma syna w podobnym wieku. Bije się z myślami czy nie zainterweniować, jednak ostatecznie przenosi się do innego wagonu, nie chcąc się wtrącać. Następnego dnia okazuje się, że jedna z dziewczyn, Anna, zaginęła. Elle zgłasza się na policję. Po roku dziewczyna ciągle jest uznana za zaginioną, a Elle zżerają wyrzuty sumienia. Otrzymuje ona również listy z pogróżkami i wszystko wskazuje, że to matka Anny jest ich autorką. Wynajęty przez Elle detektyw skupia się jednak na innych członkach rodziny i przyjaciołach zaginionej, którzy najwyraźniej mają coś do ukrycia.

Obserwuję cię to książka autorstwa brytyjskiej pisarki Teresy Driscoll. Zrobiła ona niemałą furorę za granicą, podbiła listy bestselerów i stała się światowym bestsellerem. Muszę jednak przyznać, że przed pojawieniem się informacji o premierze tej książki w Polsce nie miałam o niej pojęcia. Opis zainteresował mnie na tyle, że postanowiłam zapoznać się z tą historią i na własnej skórze przekonać, czy mnie również zachwyci.  

Akcja w książce rozwija się bardzo wolno podobnie jak śledztwo, które obserwujemy na jej kartach. Brak tu dynamiki i wartkiej akcji, zamiast tego jest dość monotonnie i ponuro. Razem z bohaterami poznajemy kolejne fakty, które rzucają nowe światło na sprawę oraz otrzymujemy informacje, które pozornie nie mają z nią nic wspólnego. Na początku wszystko sprawia wrażenie jednego wielkiego bałaganu, jednak im bardziej zagłębiamy się w tę historię i zbliżamy do jej końca, tym więcej powiązań dostrzegamy pomiędzy poszczególnymi wątkami.

Akcja w książce została poprowadzona wielotorowo. Najważniejszą bohaterką jest oczywiście Elle, która oprócz tego, że jest świadkiem w sprawie zaginięcia, prowadzi również kwiaciarnię, jest żoną i matką nastoletniego syna. Kolejną osobą, która ma swój głos w tej książce, jest Matthew, czyli były policjant i prywatny detektyw wynajęty przez Elle. Pojawia się również punkt widzenia Sarah – nastoletniej dziewczyny i najlepszej przyjaciółki zaginionej. Ostatnią osobą, która ma coś do powiedzenia w tej sprawie, jest Henry – ojciec Anny, który ma niejedno na sumieniu. Bardzo podoba mi się, że możemy poznać tę historię z kilku punktów widzenia, obserwujemy, jak rozwija się śledztwo, jak poszczególni bohaterowie radzą sobie z zaginięciem Anny i co starają się zrobić w tej sprawie. Niestety nie przywiązałam się do żadnego z bohaterów, choć z ciekawością śledziłam ich poczynania, to jednak nie przeżywałam tego jakoś szczególnie, a ich los był mi raczej obojętny.

Tytuł książki, czyli Obserwuję cię sugeruje, że będziemy mieli w niej do czynienia z motywem obserwacji. Niestety został on zepchnięty na dalszy plan, pojawiło się tylko kilka wpisów zatytułowanych Obserwacja... i nic poza tym. Może jeszcze na końcu, kiedy już wyjaśniło się, kto odpowiada za zniknięcie Anny, zostało to jakoś zaakcentowane, ale i tak to było o wiele mniej, niż się spodziewałam.

Obserwuję cię to bardzo dobrze napisany i skonstruowany thriller psychologiczny, jeśli jednak szukacie książki z wartką akcją, która trzyma w napięciu do samego końca, to niestety nie ta historia. Jest ona z pewnością ciekawa i trochę zaskakująca, gdyż nawet ja nie zgadłam, kto jest odpowiedzialny za zniknięcie Anny. Miałam swoje podejrzenia, ale ostatecznie okazały się one błędne, co było miłym zaskoczeniem, gdyż już dawno nie przeczytałam książki, w której nie rozgryzłabym, kto jest sprawcą. Książka nie jest bardzo długa, a czyta się ją bardzo szybko, więc jeśli szukacie wciągającej historii, która umili wam jesienne popołudnie, to śmiało sięgajcie po Obserwuję cię.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu SQN
Zobacz więcej >

Człowiek obdarzony darem kreatywności nie zawsze nad nim panuje

Może Ci się wydawać, że znasz tę historię. Sierota Jane Eyre rozpoczyna pracę jako guwernantka w Tornfield Hall, gdzie poznaje mrocznego i tajemniczego Pana Rochestera. Pomimo dużej różnicy wieku i nieznośnego charakteru swojego chlebodawcy dziewczyna zakochuje się w nim i to z wzajemnością. Czy to jednak prawdziwa historia Jane Eyre? Autorki, czyli Cynthia Hand, Brodi Ashton i Jodi Meadows po raz kolejny postanowiły wprowadzić kilka zmian i zaprezentować czytelnikom coś więcej niż tylko nowe ujęcie dobrze znanej i uwielbianej przez czytelników historii. Ponieważ ta wersja, jak twierdzą autorki, jest tą prawdziwą.

Północna Anglia, rok 1834. Jane Eyre od dziecka widzi duchy, jednak skrzętnie ukrywa swój dar przed innymi. Jest nauczycielką w szkolę w Lowood, w której wcześniej sama się uczyła. Jej jedyną, a przynajmniej jedyną żywą przyjaciółką jest Charlotte Brontë. Tak, właśnie ta Charlotte Brontë, która na razie jest jedynie aspirującą pisarką, jednak kiedy poznaje sekret swojej przyjaciółki, wie, że znalazła pomysł na swoją pierwszą powieść. Jane wyjeżdża do Tornfield Hall, ale przed tym wzbudza zainteresowanie Alexandra Blackwooda, który jest członkiem Towarzystwa do spraw Relokacji Dusz Zbłąkanych, czyli w skrócie TRDZ. Charlotte i Alexander łączą siły, aby zachęcić Jane do wstąpienia w szeregi Towarzystwa, dziewczyna jednak skupia się na budowaniu swojej relacji z Rochesterem i nie interesuje jej polowanie na duchy. Jak potoczy się ta wersja historii Jane? I jaką rolę odegrają w niej Charlotte i Alexander?

Moja Jane Eyre to książka, na której premierę w Polsce czekałam z wielkim utęsknieniem. Po Mojej Lady Jane, czyli pierwszym tomie serii Ladyjanistki, który oczarował mnie i sprawił, że nie mogłam przestać się śmiać, spodziewałam się kolejnej niesamowitej opowieści. Tym razem książka nie bazuje tylko historii, jak to było w przypadku Mojej Lady Jane, a jest raczej retellingiem powieści Dziwne losy Jane Eyre autorstwa Charlotte Brontë. Muszę przyznać, że nie czytałam wcześniej tej książki, ale wiele o niej słyszałam, więc wiedziałam już mniej więcej, o co chodzi i jak potoczyła się historia Jane.

Książka wciąga od pierwszych stron, choć akcja rozwija się dość wolno. Dopiero mniej więcej w połowie historia nabiera tempa i staje się bardziej interesująca. Wydarzenia rozgrywają się w XIX wieku, dlatego autorki starały się dobrze oddać realia tamtych czasów i uważam, że całkiem zgrabnie im to wyszło. Spodziewałam się, że ta książka będzie tak samo zabawna, jak poprzednia, jednak niestety humoru w Mojej Jane Eyre jest bardzo mało. O ile w poprzednim tomie mieliśmy do czynienia ze zmiennokształtnymi, to w tym polujemy na duchy. Wątek Towarzystwa, a szczególnie sposób, w jaki jego członkowie polują na duchy, bardzo mnie zainteresował i uważam, że jest to jeden z ciekawszych aspektów tej powieści.

Uważam, że autorki bardzo dobrze rozplanowały tę historię. Poznajemy ją z trzech punktów widzenia: Jane, Charlotte i Alexandra. Bohaterowie mają różne cele, które jednak na siebie nachodzą. Jane ma niezwykły dar, ale nie chce z niego korzystać i woli zostać guwernantką. Charlotte marzy o zostaniu pisarką oraz dołączeniu do Towarzystwa pomimo braku zdolności widzenia duchów. Alexander pragnie zwerbować Jane i zemścić się na zabójcy swojego ojca. Muszę przyznać, że wątek Jane nie był tak ciekawy, jak się tego spodziewałam. Sama Jane charakterem przypomina nastolatkę z obecnego stulecia, co wypada dość interesująco i trochę zabawnie w książce, której akcja rozgrywa się w XIX wieku, jednak to nie sprawia, że jej wątek staje się bardziej zajmujący. O wiele bardziej przypadła mi do gustu postać Charlotte, która jest nieco roztrzepana i zwariowana, posiada wrodzoną ciekawość, ale nie brak jej również odwagi. Jej postać wzbudziła moją sympatię już od pierwszych stron, podobnie było również z Alexandrem Blackwoodem. Doświadczony przez życie młody mężczyzna jest wschodzącą gwiazdą Towarzystwa, jednak to zemsta jest głównym celem jego życia. Alexander jest bardzo zagubiony, jednak na kartach powieści obserwujemy, jak odnajduje siebie i w końcu akceptuje tragiczne wydarzenia z przeszłości. 

Moja Jane Eyre to lekka i przyjemna książka, jednak uważam, że nie dorównuje ona Mojej Lady Jane. Pierwszy tom serii Ladyjanistki był moim zdaniem bardziej dynamiczny, ciekawszy, a także wypełniony humorem po brzegi, czego nie można powiedzieć o Mojej Jane Eyre. Ta książka jest o wiele spokojniejsza, bardziej wyważona, jej najmocniejszy atutem nie jest humor i fabuła, a bohaterowie. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo dobrze bawiłam się przy tej historii i czuję się zachęcona do sięgnięcia po jej pierwowzór.  


Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu SQN
Zobacz więcej >
Zatracona w słowach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka